9 wrz 2018

Terapia: rok później



Nigdy wcześniej nie czułam się tak źle, jak w tamte wakacje. Kiedy we wrześniu dzieciaki szły do szkoły, ja zaczynałam terapię grupową w związku z depresją i zaburzeniami lękowymi.

Minął rok. Atmosfera mieszkania, do którego trafiłam, sprawia, że coraz bardziej czuję się tutaj jak w domu i mam ochotę zapuścić kilka korzeni. Siedzę na łóżku w moim pięknym pokoju. Czuję lekkie podmuchy wiatru przez otwarte okno. W momencie, gdy pisze to zdanie, przytulony do mojego biodra leży Tosiek – łaciaty chlopaczek, który od miesiąca jest moim kocim synkiem.

Wiele zmieniło się na lepsze. Mam z kim porozmawiać na co dzień (i nie, nie mam tu na myśli tylko kota) i do kogo zadzwonić w środku nocy. Po raz pierwszy od dawna urządziłam urodzinową imprezę i już nie mogę się doczekać efektów naszej spontanicznej, hipisowskiej sesji zdjęciowej. W końcu udało mi się też zarobić jakiekolwiek pieniądze.

Ale odnoszę wrażenie, że to wszystko jest tylko rozgrzewką przed naprawdę dużymi zmianami. Kiedy poznawałam się z moją grupą, byłam w szoku, że niektórzy są w terapii kilka, a nawet kilkanaście lat. Czekające nas trzy miesiące intensywnej pracy wydawały mi się nieskończonością. Z perspektywy dwunastu miesięcy widzę jak bardzo niecierpliwa byłam.


Nie ma nic dziwnego w tym, że nie możesz się doczekać, aż w końcu zaczniesz się czuć dobrze. Albo przynajmniej stabilnie. Jednak ze specyficznej pomocy, jaką jest terapia trzeba nauczyć się korzystać. Czy raczej  c h c i e ć  z niej skorzystać. Nagle okazuje się, że pada mnóstwo niewygodnych pytań. Trzeba się konfrontować z rzeczami, o których wolałoby się już nigdy, przenigdy nie myśleć. Szczerość jest bolesna, ale terapeuta nie powinien wchodzić w rolę przyjaciela.

Nie da się określić, jaki kawałek życia powinno się poświęcić na terapię. Jednej osobie pomoże kilka konsultacji w kryzysowym momencie, inna będzie się zmagać z problemami przez dekadę. Jeżeli chodzi o mnie, po zakończeniu terapii grupowej zaczęłam niedługo potem korzystać z sesji indywidualnych i nadal na nie chodzę. Ostatni rok był mi potrzebny, żeby w ogóle ustalić sensowną listę rzeczy do przepracowania. Rok. Zastanawianie się, obserwowanie, zbieranie się na odwagę, aby sięgnąć do bolesnych fragmentów, mylenie się i korygowanie błędów – na to wszystko potrzeba czasu. 

Prawda jest taka, że co chwilę staję w miejscu albo, co gorsza, robię kilka kroków w tył. Wcześniej mnie to wkurzało, teraz wiem, że inaczej być nie może. Odkąd przestałam odmierzać czas do magicznego przełomu, w którym będę "zdrowa", nagle stałam się spokojniejsza. Zmiany przychodzą niezauważone, często zachodzą gdzieś za kulisami świadomości. I nagle człowiek budzi się z większym porządkiem w głowie. Dla tego uczucia warto czekać.

Terapia to dla mnie już całkowicie oswojone pole. Nie ukrywam tego faktu w moim życiu. Może właśnie dlatego w międzyczasie tylu ludzi opowiedziało mi swoje historie. Przez rok poznałam wiele osób, które ją prowadzą i jeszcze więcej tych, które z niej korzystają. 


Często zastanawiam się nad rosnącą popularnością terapii. Dlaczego coraz częściej myślimy o niej, kiedy chcemy zmiany w życiu? Czytając najnowszy numer "G'rls ROOM-u" poświęcony rytuałom, natknęłam się na dwa wywiady, które podsunęły mi ciekawe hipotezy.

W pierwszym wywiadzie psychoterapeutka Anna Szapert stwierdza, że Rytuały miały gwarantować bezpieczeństwo grupie i pokazać jednostce, w którym miejscu tej społeczności się znajduje. Szczególnie istotne były rytuały przejścia, czyli te pozwalające uporać się z jakąś zmianą. Zaraz jednak dodaje: Im bardziej jesteśmy zindywidualizowani, anonimowi, tym łatwiej z rytuałów rezygnujemy. Ta rezygnacja oznacza, że w praktyce odbieramy sobie kompas ułatwiający nam ustalenie swojego miejsce w świecie.

Jak zauważa w drugim z wywiadów psychoterapeutka Inga Dusza-Nowak, Wejście w nowy etap jest procesem opartym na zmianie. Kluczowe w tej wypowiedzi wydaje mi się słowo  p r o c e s. W kulturze zdominowanej przez kultu indywidualizmu i wydajności nie ma czasu na bycie pochłonietym przez tradycyjny rytuał przejścia. Trzeba radzić sobie na własną rękę i robić to jak najszybciej.



Każda zmiana wiąże się z pożegnaniem starego i powitaniem nowego stanu rzeczy. Kiedyś pomiędzy tymi fazami było jeszcze miejsce na okres przejściowy. Szapert tłumaczy, że chociaż dziś jesteśmy zachęcani do tego, by od razu pokazywać, jak nam w nowej roli dobrze to zawsze coś tracimy w ramach zmiany i powinniśmy móc pozwolić sobie na żałobę po tej rzeczy, miejscu, osobie.

Rzadko przyznajemy sobie czas na szeroko rozumianą żałobę (obecnie to słowo funkcjonuje już właściwie tylko w kontekście śmierci kogoś bliskiego). Okazywanie smutku jest nacechowane negatywnie, kojarzy się ze słabością. A jednak wciąż jesteśmy tylko ludźmi i emocje są częścią nas. Nie mamy społecznie wspieranych rytuałów przejścia, a więc zatrudniamy sobie kogoś, kto będzie naszym przewodnikiem po zmianie pisze Szapert.

Nie jestem jeszcze gotowa na zaakceptowanie zmian, bo po roku domykam ostatnie pożegnania. Trwałam i trwam w żałobie. Powoli wchodzę w okres przejściowy.

Wszystko w swoim czasie.

18 maj 2018

Jest jak jest

z cyklu: a u t o t e r a p i a


Kiedyś usiadłam i spróbowałam zrobić kolaż o depresji. Nie chcę być jakąś ambasadorką smutku, ale warto co jakiś czas powtarzać sobie i innym, że nieczucie się ok jest na tyle ok, żeby nie robić sobie z tego powodu wyrzutów, ale na tyle nie ok, żeby poszukać pomocy. Albo chociaż przyznać się przed sobą do tych emocji, na początek. Długie trwanie w tym stanie i poddawanie się mu całkowicie zniekształca perspektywę. A potem wstrząśnięci sąsiedzi mówią przed kamerami: A to taka pogodna dziewczyna była. No kto by się spodziewał...

17 sty 2018

#strajkkobiet

z cyklu: g i r l  p o w e r

To miał być tylko wpis na instagramie, ale jakoś tak wyszło...
Nie wiem, co mam robić i chętnie poczytam Wasze opinie.

Dziś w całej Polsce odbywają się kolejne strajki kobiet, tym razem z powodu odrzucenia w przedbiegach projektu Ratujmy Kobiety. Do drugiej rundy dostał się za to ten przewidujący m.in. zaostrzenie obecnego prawa aborcyjnego.

Jestem przerażona, bo piszę licencjat o Hercie Müller, czytam o koszmarach, jakie w ówczesnej Rumunii zgotował totalitaryzm, o niewyobrażalnych cierpieniach spowodowanych polityką przymusowego rodzenia i nie mogę przestać budować analogii.

Jestem przerażona tabloidową jakością debaty społeczną wokół polityki okołoporodowej, edukacji seksualnej, molestowania itd. Ciągle kręcimy się w kółko, zewsząd padają te same zarzuty: że lewactwo, że zachęcanie dzieci do seksu, że pewnie sama chciała, a teraz próbuje wyciągnąć od niego kasę, że cesarka to lenistwo, że z in vitro to nie miłość, że każda powinna poświęcić swoje życie na niekończące się rehabilitacje i walkę o każdy grosz, byle wyrwać dla cierpiącego dziecka jeszcze jeden dzień życia, bo tak jest szlachetnie, że bóg by tego nie chciał. Możesz tłumaczyć, dyskutować, że chodzi tylko o wybór, bo wolność = możliwość podjęcia własnej decyzji. Że chcemy uczyć szacunku do siebie i innych. Że nikt nie ma wątpliwości, że mówimy o sprawach trudnych moralnie. I nic. Nie i już. To samo słychać było rok, dziesięć i dwadzieścia lat temu.

Nie mam siły, bo przestaję czuć, że kogokolwiek (poza garstką już przekonanych) to obchodzi. Nie rozumiem, dlaczego wciąż tyle kobiet uważa, że ich te protesty nie dotyczą albo wręcz działają na niekorzyść. Ile z nich naprawdę próbowało zgłębić temat i wyrobić sobie własną opinię?

Nie mogę spać, fatalnie się czuję i przyjście na dzisiejszy protest kosztowałoby mnie sporo wysiłku, ale zrobiłabym to, gdybym czuła, że to ma sens. Na chwilę obecną nie czuję nic.

Może z tych katastroficznych nastrojów chociaż jakaś fajna sztuka będzie…

P.S. Jeśli macie ochotę na bardziej bojownicze teksty w tym temacie to proszę się częstować w archiwum: #czarnyprotest i te strajki to przecież bez sensu

8 sty 2018

Nowa codzienność

z cyklu: a u t o t e r a p i a


Był początek lata, a ja siedziałam w poczekalni pachnącej tanim płynem do mycia podłóg i miałam pustkę w głowie. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Że po wielu miesiącach pogrążania się naprzemiennie w apatii i stresie zmusiłam się do pójścia do psychiatry. Oczywiście w tajemnicy przed rodziną. Od dawna tkwiłam w dołku. Coraz rzadziej wychodziłam z domu, coraz więcej dni przesypiałam. Unikałam kontaktów z ludźmi. Odkładałam na później, co tylko się dało. Kompletnie nie potrafiłam skupić się na byciu tu i teraz.

Tamtego ranka czułam się najsłabszym człowiekiem na ziemi, ale nadal sądziłam, że moje problemy nie są warte uwagi. Że „to coś” w ogóle można nazwać problemami. Spodziewałam się, że zostanę wysłana do domu z jakimiś tabletkami na uspokojenie. Najwyraźniej innego zdania był psychiatra, który wysłuchał mnie w skupieniu, zadał kilka pytań, po czym skwitował naszą rozmowę słowami: intensywna terapia grupowa.



Wyszłam ze skierowaniem i wizją dwunastu tygodni na dziennym oddziale szpitala psychiatrycznego. Nie wiedziałam, czy to bardziej wyrok, czy żart. A w ogóle to jaka praca w grupie, skoro ja nie wychodzę z łóżka i stresuję się byle rozmową przy kasie w spożywczym? Marzyłam, żeby ktoś mnie przytulił i zabrał ten ciężar. Już. Zaraz. Byłam sobą potwornie zmęczona, a od psychiatry usłyszałam na odchodne, że schody dopiero się zaczną.

Miał rację.


Zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po prawdziwej terapii i jej uczestnikach, bo w głowie miałam tylko filmowe sceny. Zastanawiałam się kim będą ci inni, z którymi przyjdzie mi spędzić tyle dni? Czy oni czują się chorzy? Czy nadchodzi moment, w którym staję się jedną z nich?

Zaczęło się od formalności. Wpis do szpitala, L4, a w końcu kontrakt, który był później surowo egzekwowany. Zobowiązywał nas między innymi do obecności na prawie wszystkich zajęciach, co było wyzwaniem, bo spotykaliśmy się codziennie od poniedziałku do piątku. Dyscyplina odgrywała w szpitalu istotną rolę.


Nie napiszę, że początki były ciężkie, a potem to już z górki. Tam każdy początek, środek oraz koniec bolał tak samo i było ich wiele. Kiedy tylko udawało się poskładać jakiś kawałeczek wielkiej układanki, rozpadały się dwa kolejne. Nic jednak nie przypominało filmowych sensacji, bo cała akcja odgrywała się w głowie każdego z nas, pacjentów. Próbowaliśmy się do niej dostać poprzez rozmowę rozbrajającą nasze mechanizmy obronne i żmudną analizę przyczyn, które doprowadziły nas do terapii.

Żeby zacząć pracę nad sobą, trzeba się dowiedzieć, z kim w ogóle ma się do czynienia. Na pierwszy rzut oka brzmi to idiotycznie, bo przecież każdy siebie zna. Ale p e ł n e poznanie wymaga bezwzględnej szczerości i przyjrzenia się sobie z każdej perspektywy, dosłownie każdej. Nawet tej najbrzydszej, o której istnieniu wolałoby się nie wiedzieć. To pierwsza lekcja, którą warto odrobić, żeby jak najszybciej ruszyć z miejsca.


Nie napiszę też, że po trzech miesiącach doczekałam się szczęśliwego zakończenia. Szczerze mówiąc, nie widzę go jeszcze nawet na horyzoncie. Do ostatnich zajęć wytrwało ze mną dziewięć wspaniałych kobiet i cały czas się wspieramy, ale pod koniec dnia zostaje się sam na sam z myślami. Moja walka potrwa jeszcze pewnie lata, ale pisząc to, czuję ulgę, bo jeszcze nie tak dawno temu nie chciałoby mi się o cokolwiek walczyć. Nareszcie zrobiłam pierwszy krok do wyjścia z tego potwornego, obezwładniającego impasu.

Mam depresję i zaburzenia lękowe. Nie czuję się z tego powodu dziwna albo inna. To, co kiedyś wydawało mi się tak odległe, teraz jest moją codziennością. Jakiś czas temu wyrzuciłam do kosza słowo n o r m a l n o ś ć… i nagle świat stanął przede mną otworem. Czemu? Bo kategoria normalności jest nie tylko całkowicie względna, ale też opresyjna, zakładając istnienie nienormalności, inności, której najlepiej unikać lub ją wyśmiać. Dziś, bogatsza o doświadczenie terapii, zastanawiam się, do ilu nieznanych terytoriów uda mi się jeszcze dotrzeć i je oswoić.

22 cze 2017

Przyjemniutko


Zdałam. Dziś. Ostatni. Egzamin. fakjeeeee

Ten wpis będzie leciutki, przyjemniutki i kolorowiutki, bo tak się czuję (właśnie przefarbowałam włosy na niebiesko). Co najmniej 5 kilo lżejsza ze szczęścia, ulgi i stresu, który skutecznie obrzydzał mi jedzenie przez ostatnie dni. Spędziłam kilka tygodni głównie na przygotowywaniu się do nauki, mówieniu o tym, że muszę się uczyć i - w końcu - na nauce.

Zdarzały się oczywiście dni, w których wybitnie nic nie robiłam. Znaczy się nic naukowego, bo patrzenie w ścianę to już przecież coś. Takiego właśnie kryzysowego dnia pomyślałam o przyszłej-dzisiejszej sobie:
➱ tak niewyspanej, że nawet korektor pod oczy z Maca nie pomaga
➱ muszącej oddać książki do ośmiu bibliotek rozsianych po całym mieście
➱ uciekającej z piskiem na widok tomiku wierszy
(nadmiar poezji szkodzi bardziej niż marihunaen - wniosek na podstawie badań empirycznych)

ALE stojącej w obliczu nowego wyzwania.

Na które dobra kultury rzucić się w pierwszej kolejności już po wszystkim? Które książki, seriale, filmy? Będę cała wasza, o ile nie jesteście poezją i nie ma was w kanonie szkolnym. Weźcie mnie i nie oddawajcie.

Zrobiłam listę tych cudownych pól do eksploracji, a części z nich nawet profesjonalną sesję dywanowo-parkietową. Na moje szczęście, wybrałam bezpieczny grunt, bo prawie same dziewczyńskie rzeczy, a twórczość kobiet i kanon szkolny raczej się nie dodają, hehe. I dziś, w końcuuuuu zabieram się za konsumpcję.

Nie przedłużając...


k s i ą ż k i
➱ Poniedziałkowe dzieci Patti Smith (odświeżyć)
➱ Eseje wybrane Virginii Woolf (doczytać)
➱ Mit urody Naomi Wolf (doczytać)

g a z e t y
➱ Girl's Room
➱ Przekrój

m u z y k a
➱ Horses Patti Smith
➱ Escape Velocity Theo Croker
➱ Beach house z cudowną Victorią Legrand

s e r i a l e
➱ Anne with and E
➱ Freaks and Geeks
➱ Muminki
➱ Girlboss

p o c z t ó w k i 
przedstawiające kobiety, którym chcę się przyjrzeć
➱ Tove Jansson
➱ Frida Kahlo
➱ Louise Bourgeois

... tak będę spędzać wakacje.


p s
widzicie ten piękny obraz?
obraz, o którym już tu pisałam.
mój ulubiony obraz.
dostałam w prezencie jego mniejszą wersję.
i troszkę umarłam z wrażenia.
dzięki po raz setny, Ania ❤



Trzymajcie się i trzymajcie mnie!

4 cze 2017

155. rok paryskiego spleenu
Impresje z podróży


Istnieją natury czysto kontemplacyjne i niezdolne do czynu, które jednak, pod wpływem tajemniczych bodźców, działają czasem z energią, jakiej by same nigdy po sobie nie oczekiwały. Do tej pory źródłem tej energii były dla mnie podróże. Ale nie tym razem. Pomyliłam się.

Było zimno i wilgotno od deszczu, a ja utknęłam na kilka dni w przyjemnym dla oka, ale pozbawionym walorów grzewczych, płaszczu. Wyruszyłam wgłąb miasta wczesnym rankiem. Z dala od głównych ulic przyglądałam się domom mieszkańców 19. dzielnicy. Google maps doprowadził mnie do zamglonego, pofałdowanego parku des Buttes Chaumont. Miał kształt półksiężyca. 


Z całej wystawy fotografii Patti Smith, na której byłyśmy z Marfą kilka miesięcy temu w Sztokhomie, pamiętam tylko dużo zdjęć nagrobków. Mój organizm najwidoczniej włożył całą energię w próbę przetworzenia obecności samej Patti. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby podróżować po świecie z zamiarem odwiedzenia konkretnych zmarłych, ale Paryż wydał mi się dobrym miejscem, żeby spróbować.

I tak znalazłam się na cmentarzu Père-Lachaise.


Plan był prosty: znaleźć parcelę nr 6.

Gdy zbliżałam się do celu, po raz pierwszy tego dnia zza chmur wyszło słońce. Pomyślałam, że muszę być już blisko. Moje rozczarowanie było ogromne, gdy zatrzymała mnie bezlitosna siatka. Cóż, musiało mi wystarczyć spojrzenie z odległości paru metrów. Próbowałam z całej siły chłonąć krajobraz i zastanawiałam się, czy coś z niego przeniknie do mojej duszy. Przez kilka sekund uparcie chciałam zrozumieć tę tajemnicę; ale wkrótce spadła na mnie rezygnacja.

W okolicznych alejkach pojawiali się ludzie szukający punktu, w którym stałam. Rzuciłam jeszcze szybkie spojrzenie, puściłam "Peace Frog" i odeszłam. Wróciłam się potem jeszcze tylko po niewielki kamyk i kawałek mchu.

Najwyraźniej nie tylko na mnie Jim Morrison działa elektryzująco, bo 46 lat po jego śmierci ludzie nadal tłumnie tu przychodzą, nawet w środku tygodnia. Urzekła mnie mała karteczka przyklejona na nagrobku (oznaka determinacji, której najwyraźniej nie powstrzymała siatka). Krótko i na temat: Gracias, Jim.


O pierwszej w nocy.

Niezadowolona z siebie, niezadowolona z innych, chciałabym wśród ciszy i samotności nocy odzyskać choć odrobinę siły. Karla śpi, a ja napełniam kolejny kieliszek. Czeka nas kilka godzin ciszy, a może i wypoczynku.


Muzea.


Akt I. Sztuka współczesna
miejsce: Centre Pompidou
postaci: zdezorientowany tłum

Picasso
O!
Muszę do musée
Pięć pięter
Idiotyczności
Dziecko by tak nabazgrało
Okropność
Udawania czas start


Akt II. Sztuka XIX wieku
miejsce: Musée de l'Orangerie
postaci: kontemplujące jednostki

Jakie to. Ładne.


Tego dnia wzruszyłam się trzy razy.

Pierwszy i drugi raz przytrafiły mi się w Musée de l'Orangerie i Musée d'Orsay. Na impresjonizm nie ma mocnych. Wracając na ulicę, czułam się w doskonałej zgodzie ze samą sobą i z wszechświatem.

A trzeci zachowam dla siebie.


To miasto dusi mnie swoim dziwacznym zapachem, który zdaje się unosić wszędzie. Czuję się przytłoczona i nic nie rozumiem. Nie potrafię dopasować żadnych znaczeń.


Spędziłyśmy ze sobą cały długi dzień, który mnie wydał się krótki. Trochę zmęczone, postanowiłyśmy usiąść. Kawiarnia błyszczała. Wypiłyśmy kawę (ty) i gorącą czekoladę (ja) w emaliowanych kubkach. Obok urocza para Japończyków robiła sobie zdjęcia. Mieli na sobie takie same, beżowe płaszcze. Na ulicy przystanął chłopak poprawiający na ostatnią chwilę transparent.


Jestem wdzięczna za możliwość doświadczenia na własnej skórze manifestacji, w której ludzie uczestniczą tłumnie i nie wstydzą się. Ich twarze miały w sobie niezwykłą powagę. Wiedzieli, po co tam przyszli. Wiedzieli, że to ma znaczenie. Stali w zwartej grupie dla sprawy. Słuchając przemówień, czuje się strach, chciałoby się rozpłakać, a jednocześnie jest się szczęśliwym... 

Tymczasem dookoła życie nie zwalniało. Deskorolki stukotały miarowo na krawędziach płyt chodnikowych. Ponad głowami zgromadzonych Marianna, mocna i dumna jak słońce, kroczyła Placem Republiki.


Nie każdemu jest dane brać kąpiel w wielkomiejskim tłumie: rozkoszowanie się nim jest sztuką. Sztuką, które chyba nie posiadłam. Zwróciłam się do jednego z tych ludzi i zapytałam, dokąd tak idą. Nawet na mnie nie spojrzał, bo ze strachu zapomniałam wypowiedzieć tych słów na głos.


Nie sądziłam, że to możliwe, ale zniekształcony przez ulicę i szum tłumu francuski przypomina brzmieniowo polski. Jakim cudem? Może po prostu szukałam jakiegokolwiek punktu zaczepienia?


Zdawało mi się, że tam, gdzie mnie nie ma, byłabym zawsze szczęśliwa, i sprawa przeprowadzki była przedmiotem ciągłych dyskusji z moją duszą. Teraz nie jestem do tego ani trochę przekonana.


Zapada zmrok. Myśli nabierają miękkich i niepewnych barw zmierzchu. Różowe blaski trwają jeszcze na horyzoncie. Próbuję zanalizować mój niespodziewany ból. Dlaczego było tak trudno?

Ostatni raz przejeżdżam przez Paryż, wracając samotnie do siebie. 




Specjalne podziękowania należą się Charlesowi Baudelaire'owi za opublikowany w 1892 roku Paryski spleen, pomoc w wyrażeniu moich myśli i wprowadzenie "narzekania" na najwyższą półkę literacką.

14 mar 2017

Lunatyczka


W ubiegłym roku przypadkowo odkryłam malarkę, która dziś jest jedną z moich ulubionych artystek.  

Ewa Kuryluk była fenomenem. Wyjechała do Londynu i tam dokonała rzeczy godnej geniusza. W niecałe dwa lata (1977-8) stworzyła cykl kilkudziesięciu obrazów, wypracowując styl tak charakterystyczny, jak Fangor, Beksiński czy Jarema. Niestety, twórczy szał zebrał swoje żniwo. Eksplozja weny zwaliła artystkę z nóg. Pod koniec 1978 roku zamknęła swoją pracownię, by już nigdy do niej nie powrócić.

Szał twórczy podsycały majaki na jawie i narkotyczne sny. Na przedostatnim autoportrecie obrysowuję swój cień. Ostatni obraz londyński jest całkiem czarny. Pewnej nocy śniło mi się, że idę wzdłuż białego muru gdzieś na południu. To, na co patrzyłam, osiadało w źrenicy i rzucało z niej cień-rysunek, ciągnący się kilometrami.

Malowała zgodnie z duchem epoki. A że jej epoka przypadła akurat na lata 70., nawiązywała do hiperrealizmu, grafiki plakatowej, reklamy, pop-artu. Tworzyła „realistyczne ekrany” i „winiety”, ale paradoksalnie był to realizm specyficzny, symboliczny i surrealny.

Eksperymentalna forma była jednocześnie nośnikiem tematów obecnych w sztuce od dawien dawna. Na pierwszy rzut oka niewiele tu można znaleźć cech, powiedzmy, renesansowych. Ale dokładnie 105 lat wcześniej John Everett Millais, współzałożyciel Prerafaelitów, manifestujących powrót do twórczości trzynastowiecznych Włochów, namalował obraz o tym samym tytule. Zarówno Millais, jak i Kuryluk tworzyli w stolicy Anglii, a ich obrazy dotykały mistycyzmu, symbolizmu, sensualizmu, alegoryczności oraz fascynacji kobiecością. Artyści nie stronili też od autobiograficznych cytatów, co w przypadku młodszej stażem Lunatyczki jest zrobione najdosłowniej, jak to tylko możliwe - poprzez autoportret.

Po przebudzeniu odnajdywałam na ciele zagadkowe sińce. Okazało się, że nocą wędruję we śnie po domu i wychodzę na balkon, na którym w dzień fotografowałam swoje obrazy. Raz pękła przerdzewiała balustrada, a ja […] wylądowałam na trawniku przed domem. Na pamiątkę namalowałam Lunatyczkę.

Zamykam oczy tak, jak Ewa i przez moment, króciutką chwilę zdaje mi się, że pęd powietrza wkrada się w kosmyki włosów. Ten obraz nie jest tylko przede mną, on mnie ogarnia, słyszę jej prawie dotykalny oddech, słyszę nasz prawie dotykalny oddech. Gdzieś daleko w tyle zostawiam duszny świat, który teraz wygląda jak zbiór przypadkowo zestawionych punkcików. Widzę go i doskonale rozumiem, co ją podkusiło do lotu, co nas podkusiło do lotu. Śnimy na jawie, a we śnie jawi się nam wielki posąg. Kruszy się i rozpada pod wpływem delikatnego uderzenia, a po pyle niesionym przez wiatr nie pozostaje ślad. Unoszę się, lecę przez kilka sekund, dla których warto boleśnie upaść.




na podstawie obrazu Lunatyczka Ewy Kuryluk, 1977
cytaty z autobiografii Ewy Kuryluk


10 paź 2016

Prawdziwa kobieta

z cyklu: g i r l  p o w e r


Spójrz na nią, jaka idealna. Już od siódmej rano w makijażu, pręży się na palcach przed lustrem, wypycha biodro, żeby uwydatnić talię. Nie patrzy ci prosto w oczy, oj nie, takie dziewczyny nie zwracają uwagi na byle kogo. Ona patrzy, niby mimochodem, w swój telefon. Czy ta kocia kreska, brzuch i biodro aby na pewno? Czy nogi wystarczająco? Trzydzieści prób, ale opłacało się, bo w pierwszych dziesięciu minutach ma już pięćset serduszek i kilkanaście komentarzy. Ślicznie, pięknie, oddaje, ale chudzinka. 

A ty? Czegokolwiek byś nie robiła, nigdy nie będziesz tak wyglądać. Zawsze albo pryszcz, albo włos na nodze, albo budzik nie zadzwonił, albo dzwonił, tylko włączałaś drzemkę. Poza tym wiemy, że oszukujesz, wciągasz brzuch, kupujesz ikseskę z myślą o przyszłej chudości - niedoczekanie. Ustawiasz się półprofilem, zasłaniasz włosami i filtrem. Och, cudownie byłoby móc tak z rana trochę więcej kontrastu i podkręcić jasność.

Ja też oszukuję, ciągle, notorycznie, aż dziwne, że od tego wciągania nie wyrobił mi się jeszcze kaloryfer. Ale muszę, bo przecież nikt normalny nie ma worów pod oczami, ani krzywego nosa, ani oklapniętych włosów, ani rozstępów. Tłuszcz na udach i łydkach to już w ogóle jakby na wyginięciu. Tylko ty musisz z nim walczyć, i ja. 

Niby to takie głupie, niedojrzałe, nielogiczne. Ale przecież nikt nie chce, żeby na jego widok innym cisnęło się na usta: nieapetyczne. Takie jakieś sflaczałe i obwisłe to to jest, marne, sine, jakby chore. 

Wiem, że to boli tak ćwiczyć codziennie, że portfel chudnie, żebyś ty też w końcu schudła, że już naprawdę nie masz gdzie trzymać nowych ciuchów. Kochanie, nie dyskutuj, nie marudź, to wszystko przez ten okres. Jeśli chcesz być kobietą sukcesu, nie unoś się zbytnio. Jeśli chcesz go rozpalić po ciężkim dniu pracy, najlepiej nie wstawaj z kolan.   

Prawdziwa kobieta dba o siebie, maluje usta i paznokcie, wszystkie dwadzieścia, lubi ćwiczyć i wyglądać. Prawdziwe kobiety są piękne, ty też możesz, jesteś tego warta, tylko kup, najpierw kup, 90% Polek już to zrobiło i potwierdza skuteczność.


*     *     *


Od dawna chciałam to zrobić i nareszcie się udało! Brakowało mi na blogu tematyki girl power, która na co dzień jest dla mnie bardzo ważna. Feminizm ma w Polsce szczególnie zły wizerunek. Kojarzy się z nienawiścią do mężczyzn i próbą ich zdominowania przez brzydkie, sfrustrowane kobiety z wąsem. Wiele dziewczyn, bazując na krzywdzących stereotypach, zaprzecza, jakoby miało z tym ruchem cokolwiek wspólnego. 

Ja natomiast mam w głowie naprawdę fajny obraz feminizmu, którym chce się z Wami dzielić. Taki, który bazuje na równouprawnieniu, jest ideą do interpretowania i rozumienia na wiele sposobów.  Który obnaża okropne mechanizmy dzielące kobiety na te "prawdziwe" i "aspirujące". Wreszcie, powtarzając za Tavi, feminizm, o którym mówię to proces. Żeby móc w nim w pełni uczestniczyć, trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Nic tu nie jest jasne i bezsprzeczne. No może poza faktem, że a) szanujemy się b) nie krzywdzimy się. 

Ten tekst oraz wpis #czarnyprotest stają się tym samym zalążkami nowego cyklu. 
Mam nadzieję, że będzie się przyjemnie czytał!


 
rysunek autorstwa mojej ukochanej Tavi Gevinson
na zdjęciu obraz Ewy Kuryluk "Eros Center" z 1976 roku

6 paź 2016

analogowe podróże z Marfą,
czyli jak spotkałyśmy Patti Smith


Los się do mnie uśmiechnął. Właśnie doświadczyłam czegoś niewiarygodnego i wciąż jestem w tak ciężkim szoku, że nie potrafię przebić się przez szum emocji. Od tygodnia siedzę i próbuję sformułować sensowną odpowiedź na pytanie: jak to jest przeżyć jeden z najważniejszych dni w życiu?

*     *     *

W tym momencie nie ma chyba nic, co ekscytowałoby mnie bardziej niż podróże. Rzadko czuję się szczęśliwa od korzeni aż po czubek nosa. Na co dzień mało rzeczy wzbudza mój zachwyt, a energia do życia pojawia się tak szybko, jak znika. Ale w podróży to wszystko się gdzieś rozmywa, mózg przestawia mi się na inne częstotliwości i zaczynam głębiej oddychać. Chciałabym codziennie umieć tak szybko wyskakiwać z łóżka, tak dużo chodzić i tak mało jeść.

Mam wielkie szczęście, że tegoroczne lato otworzyła i zamknęła właśnie podróż.
Zaczęłam od Berlina z Karlą (1, 2), a skończyłam na Sztokholmie z Marfą.

Ponieważ był to mój drugi raz w Szwecji, potraktowałam ten wyjazd mniej turystycznie. Przede wszystkim chodziłyśmy i obczajałyśmy ludzi, zagryzając spostrzeżenia lidlowymi bułeczkami z czekoladą. Wpadłyśmy do Moderna Museet (1, 2, 3), które tym razem zachwyciło mnie twórczością hippisowskich komun i kolażami oraz do Fotografiska Museet (1, 2, 3), gdzie z kolei natrafiłyśmy na przegenialną wystawę Antona Corbijna. Okazało się, że - choć żadna z nas nie skojarzyła tego nazwiska - jego fotografie są tak kultowe, że trudno ich nie znać. No miał facet oko, i całkiem popularnych modeli ;)

Ale to wszystko zeszło na drugi plan. I muzea, i widoki, i zdjęcia, które właśnie oglądacie.


Na pewno ktoś Wam kiedyś zadał to stare jak świat pytanie: z kim, żyjącym lub nie, chciałbyś się najbardziej spotkać? Otóż mnie w Sztokholmie udało się spotkać (i to dwukrotnie!) właśnie TEGO człowieka: Patti Smith.

/ Uczciwie muszę uprzedzić, że od tego momentu zaczynam mój pełen zachwytów i stanowczo za długi elaborat na temat Patti Smith. Tylko dla masochistów i pattimaniaków. /

Nigdy, przenigdy żadna książka nie wzbudziła we mnie takich emocji, jak Poniedziałkowe dzieci. Zresztą już o tym pisałam. Od momentu jej przeczytania Patti stała się moją idolką i autorytetem. Zakochałam się w jej osobowości, charyzmie, umiejętności snucia prostych opowieści o trudnych rzeczach, w podejściu do życia i ludzi, mądrości zbudowanej na ogromie doświadczeń. I do tego młodość przeżyta w latach 60. i 70. w Nowym Jorku. Recytuje, śpiewa, gra, rysuje, pisze, jest niesamowita i bardzo spójna we wszystkim co robi. W skrócie: definicja żyjącej legendy.

Całkiem przypadkowo okazało się, że mój pobyt w Sztokholmie pokrywa się z wernisażem zdjęć autorstwa Patti nawiązujących do jej książki M Train. Można było również wziąć udział w rozmowie jakiegoś szwedzkiego krytyka i Patti, ale bilety były drogie i od dawna wyprzedane. Trudno. Poszłyśmy z Marfą na otwarcie wystawy, chociaż bez większych nadziei, bo przecież za tamto zorganizowane spotkanie ludzie musieli zapłacić grubą kasę.

Byłyśmy na miejscu 40 minut przed czasem i grzecznie ustawiłyśmy się w kolejce. Jeszcze zanim zaczęli wpuszczać ludzi, zobaczyłyśmy ją w oddali przez szybę. Przechadzała się pomiędzy zdjęciami. Wysoka, szczupła, ze srebrnymi potarganymi włosami opadającymi na ramiona, ubrana tak fajnie, jak tylko można się ubrać. Przeżyłyśmy pierwszy z wielu mikrozawałów.

Pojawiła się znowu,  gdy pomieszczenie zapełniało się ludźmi. Weszła tylnymi drzwiami i całkiem na luzie zaczęła się przechadzać w tłumie. Zagaiła jakąś grupkę młodych Szwedów i zaczęła z nimi żartować. Stała ze trzy metry od nas. Zrobiła rundkę dookoła. Ludzie zaczynali świrować - zrobiło się ciasno, wszędzie telefony. A my po prostu tkwiłyśmy w środku tego wszystkiego oniemiałe ze szczęścia. I wtedy Patti znalazła się blisko, spojrzała w naszą stronę... i podeszła. Zapytała, jak się mamy i dalej jakoś poszło, chociaż po fakcie nie pamiętałam ani jednego słowa i dopiero Marfa musiała mnie poinformować, jakie bzdurki gadałam. Po chwili podziękowała nam za przyjście i niedługo potem zniknęła z wernisażu.

Myślałam, że wygrałam życie. Przez następną dobę nie mogłyśmy przestać powtarzać co 5 minut, że "widziałyśmy Patti Smith!!!!!". Ale najlepsze dopiero miało nadejść...

Dwa dni później siedziałyśmy na ławce w centrum i rozkminiałyśmy dojazdy do Fotografiski. I wiecie kto właśnie spacerował po tej samej ulicy?! No wiecie :D

Tego już chyba nie dałoby się zakwalifikować jako mikrozawału. Na szczęście coś mnie wtedy tknęło, że drugiej takiej szansy pewnie nie dostanę. Mój mózg błyskawicznie połączył kilka wątków: leżącą w torebce książkę Patti (zapomniałam jej wziąć na wernisaż i tak strasznie tego żałowałam), długopis i czerwone światło. Nim zdążyłam się zestresować i odpuścić, już biegłam w stronę przejścia dla pieszych, przed którym się zatrzymała.

Kiedy mnie zobaczyła, powiedziała do pani, która ją oprowadzała: to jest ta dziewczyna z Polski, o której ci mówiłam. Zawał to za mało. Później było mi dane spędzić kilka najmilszych minut mojego życia. Rozmawiałyśmy o koncertach, o młodości, o energii. Przepraszam Was, ale nie potrafię znaleźć słów, żeby opisać stan ducha, w jaki mnie wprowadziła - coś pomiędzy odurzeniem a natchnienie. Na pożegnanie położyła mi dłoń na policzku i poczułam, jak przenika mnie jej matczyna troska, szczere zainteresowanie i głęboki szacunek do drugiego człowieka. Do dzisiaj mam zaszklone oczy, gdy tylko sobie o nim przypominam. I nie mogę uwierzyć, że to wszystko naprawdę miało miejsce.

Jak to jest przeżyć jeden z najważniejszych dni w życiu? Dużo łez, jeszcze więcej łez, potężna dawka inspiracji i niecodzienne poczucie wewnętrznego spokoju. Ale to chyba nie jest ta sensowna odpowiedź, którą zapowiedziałam na początku. Może z czasem uda mi się ostudzić myśli na tyle, żeby ją doprecyzować.     



25/09/16

dziś po południu wszechświat pogłaskał mnie po policzku
i po raz pierwszy uwierzyłam że naprawdę będzie dobrze

nie wiem czym sobie zasłużyłam na ten nieproszony dar
ale zdecydowałam się go przyjąć
żeby móc z dumą nosić dotyk twojej dłoni

dobrze wiesz jak głęboko nią sięgnęłaś
i nie mieści mi się w głowie
że możesz temu zaprzeczać

ty - szamanka wśród cywilizowanych
powiedziałaś że to MY
że to w NAS rodzi się energia
że beze mnie już nie byłoby ciebie

dziękuję i jeśli mogę
proszę cię tylko o jedno
nie przestawaj mnie obejmować
gdy wokół jest tak zimno



analogiem zdjęcia pstrykały Marfa i Weronika

5 wrz 2016

Cieszyn


Lato smakuje Cieszynem i dymem,
Czechami, skrętami, i kacem, i grillem.
Uwielbiam się tam zaszywać w naszej małej komunie,
rozpalać ognisko, jeść z jednej miski,
grać w taboo i tańczyć w nocy
(przepraszamy sąsiadów pobliskich).
Czasem znikąd wpadnę na dobry pomysł,
ale nie, nic z nim nie zrobię.
Bo chcę się wyłączyć tak bardzo,
żeby mylić środę z piątkiem.


zdjęcia: Marfa i ja