6 gru 2016

Małż

z cyklu: g i r l  p o w e r


Wiek 24 lata, stan cywilny: samotna narzeczona karierowicza-pracoholika, kochanka żonatego, oficjalnie panna, panna koziorożec. Niemiła, niekulturalna, z nałogami i obwisłymi cyckami.

– No i jak? Może się z tobą wybiorę po sukienkę? – mama proponuje. – No skoro Mateusz czasu nie ma.
– Mateusz się wyprowadził mamo. 
– Pokłóciliście się? O co? 
– O nic. Po prostu. 
– No ale jak to? Goście na ślub zaproszeni, wujek Heniek nawet sobie krawat kupił, zaproszenia zamówione, jak to tak, pokłóciliście się, tak bywa, pogodzicie się. 
– Mamo, nie będzie żadnego ślubu. 
– Anielka z Radkiem mieli przyjechać z Niemiec, zaliczka już w restauracji, przepadnie i co? I co będzie?
– Mamo, już ci mówiłam, nie będzie ani ślubu, ani wesela. 
– Tak nie można, już w urzędzie termin wyznaczony… goście… zaliczka… Jak to? Wszyscy się poobrażają na nas, że zapraszamy, a potem odwołujemy… 
– No to idźcie beze mnie. 

Prawdziwa kobieta nosi bieliznę dwadzieścia cztery godziny na dupę, a ja chcę sobie napisać na czole – nieczynne, nieczynne, de namber ju ar trajink tu ricz iż karentli anawejlbl, pliz dont traj egejn.

Jak walczyć ze zmarszczkami? 
Jak walczyć z tłuszczem? 
Jak walczyć z własną głową? 
Jak skutecznie walczyć ze sobą? 

Te nieskazitelne białe wytwory z fotoszopa. Patrzą jak jadę bez biletu na rozmowę w sprawie pracy. Patrzą jak rano w poniedziałek kupuję gazetę, patrzą z kolorowych okładek, z bilbordów, patrzą z uśmieszkiem, z rzędem białych zębów, bądź piękna, bądź piękna, bądź piękna. Ich czyste sny, czyste myśli. Ich głuche milczenie, kiedy jakiś zboczeniec wsuwa im rękę między uda w zatłoczonym autobusie. Ich brak głosu w ważnych kwestiach.

Pamiętaj, brzuch należy mieć wciągnięty, a piersi duże i pełne, włosy długie bez końcówek rozdwajających się, twarz uśmiechnięta, zęby wyszczerzone. Piękna kobieta zna swoje miejsce.

Dociera do mnie, co się na świecie dzieje, pan z ekranu telewizora mówi głosem cieplutkim jak zwymiotowana przed chwilą gorąca zupa mleczna wpychana dzieciakom do gardeł przez brzydkie panie przedszkolanki, mówi tym głosem do mnie i do kilkunastu albo kilkudziesięciu tysięcy gejów, nie bójcie się, my chcemy wam pomóc, chcemy was uleczyć, wyleczymy was z waszej choroby, porozklejamy plakaty: zakaz pedałowania i od razu zrobi się lepiej. Chcemy wam pomóc, zajebiemy was kutasy, jak się nie przestaniecie pieprzyć między sobą, zajebiemy was odmieńcy, jego oczy mówią w ten sposób, jego zmarszczki układają się w wielkie wypierdalać pedzie, a z ust wypływa cieplutki głosik, chcemy wam pomóc, chcemy was uleczyć, z tego samego powodu, z którego chcemy uleczyć czarnuchów, aby się wreszcie biali stali, chcemy uleczyć kobiety, które nie chcą rodzić nam następnym podobnych do nas skurwysynów, pomożemy wam, nie traćcie nadziei.

Ona nigdy nie ma orgazmu. Psychologię skończyła na samych piątkach, stypendium za dobre wyniki w nauce, suknię ślubną to sobie sama uszyła. Taka jest. Dobra dziewczyna. Nigdy nie ma. 
Kiedyś jak miała siedem lat, pojechała na wieś do cioci i wujka. Spali w jednym łóżku. Ciocia z brzegu, Mariolka w środku, wujek od ściany. Coś ją wybudziło ze snu, koszulę nocną miała pod szyją, wujek dziwnie sapał, nie spał, dziwnie sapał i głaskał ją po brzuchu. Nie powiedziała o tym cioci, ani mamie, ani tacie. Nikomu. Ani misiowi pluszowemu. Była na tyle duża już i na tyle mała jeszcze, aby wiedzieć, że kiedy coś się stanie złego to nawet miś pluszowy nic. 
Ona nigdy nie ma orgazmu.

Ja to używam, a pani nie? Przecież reklamują, musi być dobre, skoro reklamują. Domestos do mózgu, nieskazitelna biel, zabija wszystkie zarazki na śmierć. Żadna niepoprawna myśl do głowy ci nie przyjdzie.  

Po raz kolejny wszystkim grzecznie dziękuję i mówię do widzenia. Tak jak zawsze mnie mama uczyła. Powiedz grzecznie do widzenia. Pożegnaj się z panem i z panią. Daj cioci buziaka, daj się uściskać wujkowi.  

Wiem, że muszę trzymać pion. Jeszcze uda mi się znaleźć dobrą pracę, kogoś poznać, mieć normalnego mężczyznę i dziecko z nim, mieć zapłacone światło, gaz i telefon. Będę się godzić na wszystko, na nieporuszanie drażliwych tematów przy obiedzie, na czekanie do późna, na sobotę i niedzielę z teściami na działce. Będę zawsze wilgotna i zawsze gotowa, pozwolę się przywiązać kablem do łóżka, nie będę zazdrosna o romans na boku, wszystko wybaczę, będę wierna, piękna i uległa. Będę wszystkim nadskakiwać. Moja kupa będzie pachnąca i różowa jak domek dla barbi.  

Będę znać na pamięć swój pesel, nip i regon, nauczę się lepić pierożki, kupię żelazko i wyprasuję wszystko. Wyprasuję sobie nawet uprzejmy wyraz twarzy, a później złożę go w kostkę i ułożę na półeczce.  

Patrzą na mnie nieruchome bilbordy, manekiny, białe zęby, zadowolone twarze. Skoro oni mogą być szczęśliwi, to ja też mogę. Jeszcze wam wszystkim pokażę. Pokażę wam jak będzie. 
Dopiero po chwili coś dostrzegam. Przyjazny uśmiech pięknych twarzy na bilbordach zmienia się w lekceważący pełen cynizmu grymas. 
Oni nadal patrzą na mnie. 
Nie wierz im, nie wierz – słyszę w głowie… 
To nic. Jeszcze będzie normalnie. Jeszcze będzie… Jeszcze…

"Małż" (2005)
Marta Dzido


PS. Jak widać na zdjęciu, Dzido napisała dwie książki i tę drugą też warto.
A jeszcze więcej polskiej literatury poleciłam na insta.  

27 sie 2016

Opium


Niniejsze rysunki i notatki pochodzą z kliniki Saint-Cloud (16 grudnia 1928 - kwiecień 1929). Dedykuję je palaczom-narkomanom, chorym, nieznajomym przyjaciołom połączonym wspólnym umiłowaniem książek. Załączone rysunki będą spowolnionymi krzykami cierpienia, notatki zaś - etapami przemarszu od stanu uważanego za nienormalny do stanu opatrzonego mianem normalności.

Nie dopuszcza się tutaj nikogo [...] nerwusa, na wpół wariata, któremu winno się dostarczyć jakichś rozrywek, zamyka się na długie miesiące skazując wyłącznie na towarzystwo pielęgniarki. Lekarz prowadzący wpada zaledwie na minutę. Jeżeli chory czuje się dobrze, pozostaje tu dłużej. Jeże czuje się źle, ucieka.

Szanujący się lekarz nie zagrzeje długo miejsca w pokoju. Ukrywa swe metody, gdyż po prostu ich nie ma. Ten sposób postępowania zdeprawował chorych. Lekarz ludzki w obejściu, zdolny ich wysłuchać, staje się kimś podejrzanym. Doktor M... wykończył całą moją rodzinę, a złamany nos brata ocenił jako różę twarzy. Za to jego surdut i łysa czaszka wzbudzały zaufanie.


Trwam w przeświadczeniu, że opium może być czymś dobrym i tylko od nas zależy, czy będzie dla nas łaskawe. Trzeba umieć się nim posługiwać. Tymczasem nic nie może się równać z naszą niezręcznością.

Prawić morały opiumiście, to jakby doradzać Tristanowi: "Uśmierć Izoldę. Będzie ci później znacznie lżej".

Młoda Azja już nie pali, ponieważ "dziadek palił". A młoda Europa pali, gdyż "dziadek nie palił". Ponieważ, niestety, młoda Azja naśladuje młodą Europę, właśnie dzięki nam opium powróci do punktu wyjścia.

Opium jest niczym decyzja. Jedynym naszym błędem jest żądza palenia przy jednoczesnym korzystaniu z przywilejów tych, którzy nie palą. Rzadko kiedy się zdarza, by jakiś nałogowiec rzucił opium. To opium rzuca jego, wszystko zarazem obracając w ruinę.

Bez opium wszelkie plany, małżeństwa lub podróże wydawałyby mi się czymś równie szalonym, jak pomysł kogoś, kto wypadając przez okno pragnąłby jednocześnie zawrzeć znajomość z lokatorami mieszkań, obok których przelatuje.

Jedną z cudownych właściwości opium jest możliwość natychmiastowego przeobrażenia obcego pokoju w pomieszczenie tak bliskie i tak pełne wspomnień, iż ma się wrażenie, że zajmowało się je od zawsze.

Palacz stanowi jedność z otaczającymi go przedmiotami . I papieros, i palec wypadają mu z ręki.

Trudno jest żyć bez opium, gdy się już raz je poznało, bo kiedy się je zna, trudno traktować tę ziemię poważnie. Trudno zaś jest żyć nie biorąc jej na serio, chyba że jest się świętym.

Wszyscy nosimy w sobie coś mocno ściśniętego, coś na kształt owych japońskich kwiatów, co rozwijają się wówczas, gdy rzucić je na wodę. Opium odgrywa właśnie rolę wody. Każdy z nas nosi w sobie odmienny wzór kwiatowy. Toteż możliwe, że ten, kto nie pali, nigdy nie pozna gatunku tych kwiatów, które by opium mogło w nim rozwinąć.


Żyjemy w epoce tak rozwiniętego indywidualizmu, że nie mówi się już o uczniach: mówi się o złodziejach. Wynikiem coraz bardziej rozwiniętego indywidualizmu są tylko osamotnienia. Nie ma już nienawiści pomiędzy artystami z przeciwległych brzegów, gdyż zawładnęła ona twórcami z tego samego brzegu.

"Już to zrobiłem" - "To już zostało zrobione"; jakże głupie zdania, od 1912 roku lejtmotyw świata artystycznego. Nie cierpię silenia się na oryginalność. Unikam tego, o ile tylko mogę. Oryginalną myśl należy przedstawić jak najostrożniej, aby nie wypaść jak ktoś, kto po raz pierwszy wbił się w nowe ubranie.

Zastanawiam się, jakim właściwie cudem ludzie piszą o życiu poetów, skoro sami poeci nie byliby w stanie opisać własnego żywota. Daty zachodzą na siebie, plączą się lata. Topnieją śniegi, stopy rwą się do lotu i wcale nie znaczą śladów.

Nie ma nic bardziej anormalnego niźli poeta zbliżający się do normalnego człowieka; ot, choćby Hugo, Goethe... To już zupełny wariat biegający samopas.

Poeta nie musi nic udowadniać; winien stwierdzać fakty bez dostarczania posiadanych dowodów obciążających, nie musi również podawać źródeł swoich stwierdzeń. Stopniowe odsłanianie tychże dowodów zapewni poecie w przyszłości pozycję jasnowidza.


Jakże ciężko uznać się za zdyskwalifikowanego przez opium; ciężko zdać sobie sprawę, że ów latający dywan istnieje sobie nadal, lecz że już nigdy się go nie dosiądzie.

Od sześciu tygodni odzyskuję stopniowo zdrowy wygląd. Od tygodnia nie mogę już pisać o opium. Już go nie potrzebuję. Palenie opium oddala się coraz bardziej. Pisząc o nim musiałbym chyba zmyślać.

Praca, która mnie wysysa, potrzebowała opium. Wymagała też, ażebym je rzucił. Jeszcze raz dałem jej się wystrychnąć na dudka. Zastanawiałem się więc: powrócę do palenia czy nie? Nie ma się po stroić w lekceważące miny, mój drogi poeto. Powrócę do palenia, jeśli zażąda tego moja praca.

Jean Cocteau

7 lip 2016

21 nieumytych talerzy leży,
czyli o organizacji czasu wolnego i czytaniu

Hej! Drugi dzień z rzędu mam podejrzanie dobry humor, a na dodatek wczoraj wieczorem na niebie pojawiła się ogromna tęcza. No więc pomyślałam, że postukam w klawiaturę o tym co u mnie, co porabiam, co myślę. Parę dni temu napisałam już jeden tekst, ale na razie odpuściłam sobie publikację, bo wyszedł bardzo pesymistyczny, a nie chcę tu płaczów i żalów na początek wakacji. A no właśnie - wakacje! Czerwiec dał mi w kość. Do Berlina pojechałam już chora, a potem chorowałam jeszcze dwa tygodnie. Między zaliczeniami kolejnych przedmiotów pracowałam, a pod koniec miesiąca trzeba się było zmierzyć z egzaminami. Ale udało się, dziś jestem zdrową posiadaczką paru ocen bardzo dobrych. Włączyłam tryb kujona, a co się będę hamować!

Ostatnio w prawie każdym wpisie wspominam o jakimś pierwszym razie (w Krakowie na Kazimierzu jest taki fajny mural), ale to dobrze. Zawsze to jakieś wyjście ze strefy komfortu, a ciaśniutka ona, oj ciaśniutka. Nowy pierwszy raz właśnie się zaczął i będzie niezłym testem samodyscypliny i motywacji. Czekają mnie we Wrocławiu trzy samotne tygodnie. Puste mieszkanie, niewiele obowiązków, od czasu do czasu wskakuję tylko w tramwaj do pracy. No i teraz pytanie - jak to mądrze zagospodarować? Jestem cholernym leniem i już pierwszego dnia zachłysnęłam się wolnością i nie umyłam po sobie naczyń #yolo. Szkoda, że nie mam aż dwudziestu jeden talerzy, żeby odpuścić sobie zlew i gąbkę. A tak serio, cieszę się (z wyzwania, nie wizji brudnych garów) i mam zamiar wycisnąć z tych trzech tygodni ile tylko się da!

Wrocław, czyli wspomniana tęcza i krzesełko, na którym sobie teraz siedzę pisząc
Rok temu wrzuciłam na bloga wakacyjne "to do" i tamta lista wciąż jest z grubsza aktualna. Ćwiczenia, marzenia i takie tam. Teraz chciałabym się szczególnie skupić na jednym punkcie - czytaniu. Większość osób planuje latem nadrabianie książkowych zaległości i... zazwyczaj średnio to wychodzi (a przynajmniej tak wynika z moich obserwacji). Jak to jest z tym czytaniem? I czemu często wiąże się ono z dziwną presją - kto więcej, kto szybciej albo kto mądrzejsze teksty. Gdzieś w głowach mamy zakodowane, że książki to kultura wysoka, a przynajmniej wyższa. Czy faktycznie plik kartek papieru trzymany w ręce jest bardziej wartościowy niż piętnaście, dwadzieścia artykułów z internetu?

Oczywiście nie zgadzam się z demonizowaniem internetu, ale akurat w przypadku czytania w celu jakiegoś rozwoju, nie tylko czysto rozrywkowego, kluczową według mnie kwestią jest percepcja. Teksty na dziesiątkach portali umykają. Nikt ich nie próbuje zapamiętywać i sumować. Ciężej się do nich przywiązać, wracać myślami, a na autora to już w ogóle nie zwraca się uwagi (chyba, że mowa o blogu). Trudniej też skupić się dłużej na jednym tekście mając ich do wyboru tak wiele, więc czasem rzuca się tylko okiem, czyta lead i pędzi dalej. A wiedza nieutrwalona szybko ulatuje. Poza tym bodźce, o wiele, wiele, wiele za dużo bodźców. Niby czytasz, ale jednocześnie robisz milion rzeczy jednocześnie: maile, wall na facebooku, muzyka w tle. A na dodatek Messenger powiadamia o każdej jednej wiadomości. Nie ma to jak biec na drugi koniec mieszkania po telefon, żeby dowiedzieć się, że znajomy przesłał gifa ze słodkim kotkiem.

Na mnie działa już sam fakt, że książka to fizyczny obiekt. Czuję ją w ręce, a wcześniej musiałam ją kupić albo specjalnie po nią wybrać się do biblioteki. To już wymusza jakiś inny rodzaj percepcji. Czasem słyszę: Nie opłaca się kupować tej książki. To wszystko jest za darmo na Wikipedii. Ok. I co, zaglądasz tam? Siedzisz faktycznie codziennie odcięty przez bite dwie godziny i chłoniesz wiedzę? Ja nie. Jeśli Ty tak to szczerze Cię podziwiam.

Zazwyczaj nie ruszają mnie rzeczy pachnące kołczingiem, ale tym razem muszę Wam polecić (dla opornych i sceptycznych to jest rozkaz!) obejrzenie wywiadu Łukasza Jakóbiaka z psychoterapeutą Robertem Rutkowskim. Jest długi, fakt, ale taki dobry, no naprawdę świetny. Padają tam takie zdania:
Żyjemy w czasach ciągłej stymulacji, natomiast ja sam stosuję filozofię życia, która polega na: NIE CHCĘ BYĆ DOBRZE POINFORMOWANY. Nie mam potrzeby pędzić za newsami. A żyjemy w społeczeństwie, gdzie cały czas próbuje się nam wmówić, że ty musisz wszystko wiedzieć.
To jest jeden z powodów, dla których wybiegowa moda przestała mnie kręcić. Brzydzą mnie trendy. To moje życie, mój czas. Znajomość wszystkich najważniejszych kolekcji kilka sezonów w tył kompletnie nic mi nie dawała. To była wiedza dla samej wiedzy, zdobywana często bezrefleksyjnie. A do tego trzeba się było bez przerwy zmieniać na czyjś rozkaz i wymieniać szafę co kilka miesięcy. Tak biegłam, że po drodze zdążyłam nie zauważyć, że jednak mnie to nie kręci. A potem już na mecie musiałam się cofać krok po kroku i lokalizować wszystkie momenty, które sprawiły, że tak strasznie się pogubiłam.

Kraków, czyli drewniane drzwi, stara posadzka, krzak róży i ulubiona ostatnio stylóweczka

Dlatego w te wakacje staję po stronie wiedzy analogowej i mam ją zamiar zdobywać w trybie slow. Kiedyś robiłam sobie presję - muszę przeczytać tyle a tyle, być na bieżąco ze wszystkimi blogami i portalami, które lubię, durnymi newsami na Pudelku. I jeszcze liznąć polityki, i historii, i najlepiej wszystkiego. Teraz spuszczam z tonu. Może dowiem się mniej, ale skuteczniej? Się zobaczy. Zero presji, zero stresu. Mam wakacje.

Założyłam sobie na ten rok podwójną listę (uwielbiam robić listy) książek, które:
a) przeczytałam - część krótsza
b) planuję przeczytać - never ending story.

Chciałabym się z Wami podzielić kilkoma pozycjami z samego szczytu części drugiej, czyli tymi, których przeczytania wprost nie mogę się doczekać. Przy okazji staram się, żeby były to rzeczy zróżnicowane, bo strategia trzymania się jednej dyscypliny jest beznadziejna i nie polecam nikomu. No to tak:
  • "Notes on Camp" i "O fotografii" Susan Sontag 
  • "Eseje wybrane" Virginii Woolf
  • "Lata sześćdziesiąte" Jenny Diski
  • "Małe kobietki" Louisy May Alcott
  • "Sztuka i złudzenie" Ernsta Gombricha - to polecenie od Was, dzięki!
  • "Oswoić narkomana" Roberta Rutkowskiego
Dajcie znać, co sądzicie o jakości czytania w internecie. Może macie jakieś sprawdzone strony pełne fajnych tekstów, które polecacie? No i jak tam czytelnicze plany na wakacje?

Trzymajcie się i trzymajcie mnie! ♥


zdjęcia z mojego insta @persona_obscura

20 mar 2016

Poniedziałkowe dzieci





Za każdym razem, gdy sięgałam po tę książkę, było mi dziwnie. Jednocześnie lekko i ciężko. Choć byłam zafascynowana, jej przeczytanie zajęło mi kilka ładnych miesięcy. To była magiczna, ale jednocześnie emocjonalna (emocjonalnie wyczerpująca) lektura. Z jednej strony nie potrafiłam zwalczyć tej nieprzyjemnej guli w gardle za każdym razem, gdy przenosiłam się do Nowego Jorku. Z drugiej, nie chciałam, żeby ta lektura kiedykolwiek się skończyła. Wiedziałam, że to będzie dobra książka, więc miałam ogromne oczekiwania. I wszystkie, co do jednego, zostały spełnione z nawiązką. Przepłakałam ciurkiem ostatnie 20 stron. Raz na jakiś czas trafia się na coś zmieniającego życie. "Poniedziałkowe dzieci" Patti Smith takie właśnie były.

Nigdy nie byłam fanką Patti. Pewnie, że znałam kawałeczek jej twórczości. Bardzo chciałam też pojechać w ubiegłe wakacje na jej koncert do Katowic, bo czułam, że to będzie ważne wydarzenie. I było. Tyle że mnie tam nie było. Ale trudno.

Od dzisiaj nazywam Patti moją idolką, chociaż odkrywanie jej twórczości zajmie mi jeszcze sporo czasu. Na razie odnoszę wrażenie, że jej muzyka i teksty są dla mnie w większości niezrozumiałe, być może zwyczajnie za trudne. Poezja nigdy nie była moją mocną stroną (aczkolwiek pierwszy raz w życiu kiełkuje we mnie chęć zmiany tego stanu rzeczy). Za to dojrzałość, imponująca zaradność, twarde stąpanie po ziemi i jednoczesne funkcjonowanie w kręgu artystycznym oraz bagaż doświadczeń Patti bardzo mnie zainspirowały. Obcowanie z jej przemyśleniami przez całe 270 stron było zaszczytem, a także remedium na to, co dzieje się teraz dookoła i czego nie do końca pojmuję. Na cały ten internetowo-modowo-celebrycki blichtr, który pożarł media i został przez nie pożarty. Jestem ogromnie wdzięczna za dystans, jakiego nabrałam. Do świata, do siebie. To osobliwa książka - tak naturalna, wyważona i nienachalna, a jednocześnie opowiadająca o niesamowicie efektownej historii. (Tylko czekać aż Hollywood weźmie się za ekranizację!) Napisana językiem prostym i oszczędnym, ale też pięknie poetyzującym. Nic dziwnego, że jest dopieszczona w każdym calu - jej napisanie zajęło autorce 20 lat!

Ludzie, których Patti poznała i miejsca, które widziała można by odhaczać punkt po punkcie z listy najbardziej kultowych rzeczy lat 60. i 70. Nic tylko siedzieć z zakreślaczem w ręce i zaznaczać co ważniejsze fragmenty (co zresztą robiłam). Ale to nie ma żadnego znaczenia, schodzi na drugi plan. Ot, przy stoliku pod ścianą siedział Jimi Hendrix z jakąś blondynką. Nie ma tu niepotrzebnego podkoloryzowania faktów czy dopisywania głębszych ideologii po latach. Jest za to pieczołowicie budowany strona po stronie klimat Nowego Jorku - kolebki kreatywności w bardzo burzliwym okresie.

Kolejni członkowie ówczesnej bohemy i ich losy na przestrzeni lat są opisane z zupełnie innej perspektywy, niż można się spodziewać. Na przykład: Janis Joplin żaląca się, że nie udało jej się poderwać przystojnego chłopaka w barze. Albo coś takiego:
Stałam z wypchanym czarnym krukiem w ręku, którego kupiłam za grosze w Muzeum Indian. Chyba chcieli się go pozbyć. Postanowiłam, że nazwę go Raymond, na cześć Raymonda Russela, autora Locus solus. Gdy otwarły się ciężkie szklane drzwi, jakby targnął nimi wiatr, i weszła znana postać w czarno-szkarłatnej pelerynie, pomyślałam, że lobby zmieniło się w magiczny portal. Salvador Dali. Rozejrzał się nerwowo, a potem, dostrzegając mojego kruka, błysnął uśmiechem. Położył mi na głowie elegancką kościstą dłoń i powiedział:
- Ty też jesteś jak kruk, gotycki kruk.
- No cóż - zwróciłam się do Raymonda. - Dzień jak co dzień w Chelsea.
No i jeszcze Robert. Robert Mapplethorpe, postać, której nie sposób ominąć wspominając o tej książce. Kochanek, dożywotni przyjaciel, bratnia dusza Patti. To chyba mój ulubiony duet w całym wszechświecie. Więcej już nic nie powiem, bo po co, skoro o ich unikatowej miłości napisano już całą (patrz. tę) książkę.

Patti Smith i Robert Mapplethorpe, 1969

Chciałabym zacząć podsumowanie, ale nie wiem co powiedzieć, więc użyję cudzych słów. Trafiłam niedawno na komentarz, który idealnie opisuje moje odczucia po lekturze: Patti Smith pozwoliła mi nawiązać kontakt z rzeczywistością, której istnienia zawsze pragnęłam, a którego to istnienia pewna nie byłam. Połączyłam się ze światem, którego rozpaczliwie poszukiwałam od wielu lat.

Pozwoliłam jej oprowadzić mnie po tej rzeczywistości. Jej narracja działała na mnie jednocześnie uspokajająco i ekscytująco. Otworzyła się przede mną całkiem nowa perspektywa i możliwość spełnienia marzeń, w których wcześniej nie widziałam miejsca dla osoby takiej, jak ja.

Inna sprawa, że trochę się pogubiłam w blogach, fejsbukach, instagramach i snapchatach, po części dlatego, że porwałam się na to wszystko będąc smarkiem. Zaplanowałam sobie, jaka chce być i postanowiłam trwać w tej kreacji. Na początku bawiłam się chyba całkiem nieźle, ale w sumie doprowadziło to tylko do tego, że stałam się na kilka lat niewolnikiem jakiejś idei, która kompletnie nie odpowiadała zmianom we mnie zachodzącym. Patti pomogła mi w uświadomieniu sobie tego problemu na tyle, żeby zacząć szukać rozwiązania. Nie byłam aktorką; nie stawiałam granicy między sztuką a życiem. Na scenie i poza nią byłam tą samą osobą napisała.

Być może to moja obecna sytuacja życiowa sprawiła, że tyle wyciągnęłam z "Poniedziałkowych dzieci". A może ta książka jest po prostu genialna i jedyna w swoim rodzaju. Myślę, że jedno i drugie. Wiem na pewno, że sięgnę po nią jeszcze nie raz i podejrzewam, że za każdym razem będę z niej wynosić jeszcze więcej.

Koniec i bomba, a kto jej nie przeczyta ten trąba.
Dzięki, Patti.

P.S. Świetny wywiad 1 i 2.

edit.
Ha! Kręcą film, w którym Patti zostanie zagrana Zosię Mamet.

edit.2
O. MÓJ. BOŻE. Rozmawiałam z Patti Smith.

8 sie 2015

Jak czytać modę?



Lato zdecydowanie służy czytaniu. Więcej czasu wolnego, chęci, motywacji, a do tego piękna pogoda... nic tylko chwytać za dobrą książkę! Zapraszam więc do zapoznania się z moją recenzją, a potem - mam nadzieję - już z wilkiem, o którym mowa, czyli "Jak czytać modę" Fiony Ffoulkes. I niech nie zmyli Was podtytuł "Szybki kurs interpretacji stylów", ponieważ nie występują tam żadne formy poradnikowe. Dlaczego zdecydowałam się napisać parę słów akurat o tej książce? Ponieważ uważam, że to trafiona propozycja zarówno dla zainteresowanych poznaniem w przystępny i skrótowy sposób podstaw historii mody, jak i tych liczących na poszerzenie dotychczasowej wiedzy.  Jeśli macie ochotę zrelaksować się z lekturą mniejszych gabarytów, a do tego wzbogaconą wieloma zdjęciami oraz ilustracjami to trafiliście pod właściwy adres!
Zacznę od najbardziej podstawowych kwestii, czyli rozkładu treści. Książka została podzielona na 14 działów tematycznych, w obrębie których znajdują się podrozdziały. I tak przykładowo w części "formalny ubiór damski" przeczytamy kolejno o sukniach ślubnych, balowych, galowych, kostiumach, spódnicach i garniturach. Nie ma tu spójnej narracji - każda część została potraktowana niezależnie i właściwie można je czytać w dowolnej kolejności (ja zaczęłam od tematów najbardziej mnie interesujących, ale potem przerzuciłam się jednak na podążanie za numerami stron, żeby nie zaburzać chronologii). Warto przy okazji zaznaczyć, że autorka opisuje ubiory kobiet i mężczyzn, poświęcając im tyle samo uwagi, co jest rzadkością.


Zakres zagadnień poruszanych przez Fionę Ffoulkes, notabene stylistkę i wykładowczynię historii ubioru i tkanin m.in. w St. Martins College, jest bardzo szeroki. Nie ogranicza się jedynie do odzieży i akcesoriów, ale również porusza kwestie materiałów, technik szycia, fryzur i makijaży, najważniejszych  projektantów/marek. W tym małym kompendium wiedzy dostaniecie więc całkiem sporo informacji.

Książka jest kieszonkowa, nie tylko pod względem wielkości. Streszczenie na dwóch stronach wielkości dłoni ogromnego kawałka historii (np. przeniesienia sztuk plastycznych do mody, zdjęcie poniżej) bez pominięcia mnóstwa informacji jest niemożliwością. Można by się więc zacząć zastanawiać dlaczego akurat te, a nie inne sylwetki posłużyły za przykład. Sama kilkukrotnie zadawałam sobie to pytanie. W paru przypadkach byłam zaintrygowana doborem ilustracji, ale koniec końców uważam to za atut książki. Dosyć mam już powielania tych samych obrazków chanelek i New Looku Diora.


Nie podobało mi się natomiast stosowanie zbyt ogólnych stwierdzeń. Przytrafiały się kwiatki typu: "nosili to, by podkreślić modną wtedy sylwetkę". Ale jaka to była sylwetka? Już nie dopowiedziano. Oczywiście mam na względzie, że ta książka nie pretenduje do miana encyklopedii historycznej, bo musiałaby liczyć co najmniej 1000 stron tekstu i drugie tyle ilustracji, ale jednak było to drażniące. W tak zwięzłych opisach precyzja języka jest kluczowa. 

Co do samego języka, jest prosty i nie wymaga wybitnego skupienia. Zdarzają się jednak trudniejsze momenty - szczególnie przy opisywaniu materiałów i konstrukcji ubrań. Kapitalną sprawą jest słowniczek umieszczony na końcu książki. Oj, zaglądałam do niego nie raz. Po dokładnym przestudiowaniu go można sobie całkiem nieźle poszerzyć modowe słownictwo. Jeśli bawer, lama (nie taka!), gazar czy riuszka nic Wam nie mówią to... nie martwcie się. Ja też wytrzeszczałam oczy. Ale z pomocą pani Ffoulkes już wiem "o co cho" :D


Ta książka nie zmieni Waszego życia. Ale z pewnością wzbogaci je o masę ciekawostek oraz pozwoli chronologicznie uporządkować najważniejsze wydarzenia w historii mody. Jeśli interesuje Was, kto i po co zamówił w trakcie I wojny światowej całkiem nowy fason płaszcza dziś określany mianem trencza, jak barwi się ubrania albo czym inspirowane jest słowo jeans to serdecznie polecam! 

A na koniec mały bonus z okazji fali upałów - skan stron poświęconych historii strojów kąpielowych :D
(otwórzcie sobie zdjęcie w nowej karcie przeglądarki, żeby je powiększyć)


"Jak czytać modę. Szybki kurs interpretacji stylów" 
Fiona Ffoulkes 
Wydawnictwo Arkady

7 kwi 2015

Vogue. Za kulisami świata mody


„Vogue. Za kulisami świata mody” to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. 

Bardzo cenię sobie lektury pobudzające ciekawość. Wiecie, chodzi o te sytuacje, gdy zaczytani przegapiacie swój przystanek i wybiegacie z autobusu zdezorientowani. Mnie się to zdarzyło przy okazji czytania tej książki dwukrotnie. Traktowałam ją właśnie jako rozrywkę „na podróż”. Tu otworze, tam przeczytam. Kartki same się przewracały i tak mi jakoś zleciało. Prawie 300 stron.