29 wrz 2018

To był dobry dzień


Poznaliśmy się w pracy, to znaczy ja byłam wtedy w pracy. Rozmawialiśmy o fotografii i sztuce w ogóle, potem jeszcze trochę o życiu. Od słowa do słowa wyszło, że stoi przede mną Iain McKell – człowiek, który widział na własne oczy rzeczy, o których ja oglądam filmy dokumentalne. A tak w ogóle to on tutaj na festiwalu jest obecny nie jako zwiedzający, ale artysta. Aha. Jeszcze mi zdjęcia zrobił na do widzenia. Okej. Mogę już umrzeć? 

Chociaż cykl fotografii The New Gypsies zdążyłam przeklikać już na stronie Iaina milion razy (jest absolutnie doskonały!), to w tym tygodniu nareszcie nadrobiłam zaległości i poszłam obejrzeć kilka wybranych zdjęć na wystawie "Jak odmawiać" (idźta!) 

Notatka do siebie: warto wychodzić z domu, robić rzeczy i zauważać ludzi dookoła.

5 maj 2017

Siostrzeństwo

z cyklu: g i r l  p o w e r



Ostatnio mam szczęście do filmów i pomyślałam: kurcze, kurcze, muszę to wykrzyczeć całemu światu. Captain Fantastic Matta Rossa tak mnie zachwycił, że obejrzałam go dwa razy, dzień po dniu. Drugi raz z mamą, którą zaciągnęłam prawie siłą, a potem sama się wciągnęłam i przez przypadek wysiedziałam już do końca. Genialny, i fabularnie dość podobny (relacja ojciec-dziecko), był też Paryż, Texas Wima Wendersa - klasyk, do którego zbierałam się długo za długo, ale udało się i zapamiętam go na długo.

ALE

Właściwie to nie o tym dziś chciałam. Jest jeszcze jeden film, który zawierał tyle inspirujących wątków, że zasługuje na osobny wpis. I oto on. Więc do rzeczy: dla 20th Century Women warto rzucić wszystko i spędzić dwie godziny na kanapie. Ja jednak spędziłam cztery, bo po pierwszym razie stwierdziłam, że to o jeden raz za mało. Zaraz się przekonacie dlaczego.




Akcja filmu rozgrywa się w latach 70. Jest więc kontrkultura, ówczesny feminizm z chociażby Sisterhood is Powerful Robin Morgan, bardzo dużo muzyki, w tym kilka miłych nawiązań do Davida Bowie, i nawet przez ułamek sekundy widać na zdjęciu Patti Smith. Brzmi jakby ktoś połączył 10 ostatnich wpisów na tym blogu? Trochę tak. Jest taka szansa, że odpowiedzialny za reżyserię i scenariusz Mike Mills jest po prostu moim męskim alter ego.

ALE

To wszystko, o czym napisałam wraz z cudownie estetycznymi zdjęciami, scenografią i kalifornijskimi plenerami... To są tylko dodatki do historii kobiet XX wieku (od razu nasuwa się pytanie, jak zostaną sportretowane kobiety XXI wieku). Próbującej nadążyć za swoim nastoletnim synem Dorothei, zaprzyjaźnionej z chłopakiem Julie oraz fotografki Abbie. Uwielbiam wielowymiarowość bohaterek i jednocześnie jest mi strasznie przykro, że ich "kobiece problemy" ciągle są tak aktualne.




Wszystkie trzy próbują żyć po swojemu, reprezentują inne wizje kobiecości, są silne i słabe w inny sposób, mają inne doświadczenia życiowe. A jednak w jakiś sposób troszczą się o siebie i znajdują wspólny język... albo przynajmniej próbują. Trudno tu mówić o jakimś bardzo wprost przekazie albo puencie, co w moich oczach jest komplementem. Ten film jest jak dobra powieść albo wiersz, który zostawia dla odbiorcy pole do zagospodarowania przez własną wyobraźnię i perspektywę.

No dobra, zostawiam was już z kadrami! Bardzo się starałam, żeby wybrać fragmenty, które oddzadzą klimat, nie spojlerując jednocześnie za wiele. Chyba się udało, więc wchłońcie jak najwięcej barwy, brzmienia i ducha '79, a potem... kontynuujcie ten proces oglądając cały film ☮ ♀



We always believed that we were part of a great movement of humanity itself...









- Can’t things... just be pretty? 
- Pretty music is used to hide how unfair and corrupt society is. 
- Ah.





She grew up in Santa Barbara where everyone is happy, but that just made her feel crazy.


She saw „The Man Who Fell to Earth” and dyed her hair red.


I was so cocky, and I was so angry, and I was so happy.





These were a bunch of songs that I think my life would have been better if they had been around when I was a teenager. So I'm hoping that if you listen to them now, you will be a happier and more realized person than I could ever hope to be.





- Were you ever in love? 
- Sure. Or, um… Maybe I was just… I felt I was supposed to be in love.










- What’s it like... for girls?
- What? Sex?
- Orgasms.
- Do you really want to know what it's like?
- Yeah.
- I don't have them. None of my friends do.





It's 1979.
They don't know this is the end of punk. They don't know that Reagan's coming.
It's impossible to imagine that kids will stop dreaming about nuclear war.
It's impossible to imagine HIV.
The internet.





There's a hard part and then it gets better. And then it gets hard again, but never mind. 
I shouldn't have told you that part.







20th Century Women (2016)
Mike Mills

14 mar 2017

Lunatyczka


W ubiegłym roku przypadkowo odkryłam malarkę, która dziś jest jedną z moich ulubionych artystek.  

Ewa Kuryluk była fenomenem. Wyjechała do Londynu i tam dokonała rzeczy godnej geniusza. W niecałe dwa lata (1977-8) stworzyła cykl kilkudziesięciu obrazów, wypracowując styl tak charakterystyczny, jak Fangor, Beksiński czy Jarema. Niestety, twórczy szał zebrał swoje żniwo. Eksplozja weny zwaliła artystkę z nóg. Pod koniec 1978 roku zamknęła swoją pracownię, by już nigdy do niej nie powrócić.

Szał twórczy podsycały majaki na jawie i narkotyczne sny. Na przedostatnim autoportrecie obrysowuję swój cień. Ostatni obraz londyński jest całkiem czarny. Pewnej nocy śniło mi się, że idę wzdłuż białego muru gdzieś na południu. To, na co patrzyłam, osiadało w źrenicy i rzucało z niej cień-rysunek, ciągnący się kilometrami.

Malowała zgodnie z duchem epoki. A że jej epoka przypadła akurat na lata 70., nawiązywała do hiperrealizmu, grafiki plakatowej, reklamy, pop-artu. Tworzyła „realistyczne ekrany” i „winiety”, ale paradoksalnie był to realizm specyficzny, symboliczny i surrealny.

Eksperymentalna forma była jednocześnie nośnikiem tematów obecnych w sztuce od dawien dawna. Na pierwszy rzut oka niewiele tu można znaleźć cech, powiedzmy, renesansowych. Ale dokładnie 105 lat wcześniej John Everett Millais, współzałożyciel Prerafaelitów, manifestujących powrót do twórczości trzynastowiecznych Włochów, namalował obraz o tym samym tytule. Zarówno Millais, jak i Kuryluk tworzyli w stolicy Anglii, a ich obrazy dotykały mistycyzmu, symbolizmu, sensualizmu, alegoryczności oraz fascynacji kobiecością. Artyści nie stronili też od autobiograficznych cytatów, co w przypadku młodszej stażem Lunatyczki jest zrobione najdosłowniej, jak to tylko możliwe - poprzez autoportret.

Po przebudzeniu odnajdywałam na ciele zagadkowe sińce. Okazało się, że nocą wędruję we śnie po domu i wychodzę na balkon, na którym w dzień fotografowałam swoje obrazy. Raz pękła przerdzewiała balustrada, a ja […] wylądowałam na trawniku przed domem. Na pamiątkę namalowałam Lunatyczkę.

Zamykam oczy tak, jak Ewa i przez moment, króciutką chwilę zdaje mi się, że pęd powietrza wkrada się w kosmyki włosów. Ten obraz nie jest tylko przede mną, on mnie ogarnia, słyszę jej prawie dotykalny oddech, słyszę nasz prawie dotykalny oddech. Gdzieś daleko w tyle zostawiam duszny świat, który teraz wygląda jak zbiór przypadkowo zestawionych punkcików. Widzę go i doskonale rozumiem, co ją podkusiło do lotu, co nas podkusiło do lotu. Śnimy na jawie, a we śnie jawi się nam wielki posąg. Kruszy się i rozpada pod wpływem delikatnego uderzenia, a po pyle niesionym przez wiatr nie pozostaje ślad. Unoszę się, lecę przez kilka sekund, dla których warto boleśnie upaść.




na podstawie obrazu Lunatyczka Ewy Kuryluk, 1977
cytaty z autobiografii Ewy Kuryluk


6 gru 2016

Małż

z cyklu: g i r l  p o w e r


Wiek 24 lata, stan cywilny: samotna narzeczona karierowicza-pracoholika, kochanka żonatego, oficjalnie panna, panna koziorożec. Niemiła, niekulturalna, z nałogami i obwisłymi cyckami.

– No i jak? Może się z tobą wybiorę po sukienkę? – mama proponuje. – No skoro Mateusz czasu nie ma.
– Mateusz się wyprowadził mamo. 
– Pokłóciliście się? O co? 
– O nic. Po prostu. 
– No ale jak to? Goście na ślub zaproszeni, wujek Heniek nawet sobie krawat kupił, zaproszenia zamówione, jak to tak, pokłóciliście się, tak bywa, pogodzicie się. 
– Mamo, nie będzie żadnego ślubu. 
– Anielka z Radkiem mieli przyjechać z Niemiec, zaliczka już w restauracji, przepadnie i co? I co będzie?
– Mamo, już ci mówiłam, nie będzie ani ślubu, ani wesela. 
– Tak nie można, już w urzędzie termin wyznaczony… goście… zaliczka… Jak to? Wszyscy się poobrażają na nas, że zapraszamy, a potem odwołujemy… 
– No to idźcie beze mnie. 

Prawdziwa kobieta nosi bieliznę dwadzieścia cztery godziny na dupę, a ja chcę sobie napisać na czole – nieczynne, nieczynne, de namber ju ar trajink tu ricz iż karentli anawejlbl, pliz dont traj egejn.

Jak walczyć ze zmarszczkami? 
Jak walczyć z tłuszczem? 
Jak walczyć z własną głową? 
Jak skutecznie walczyć ze sobą? 

Te nieskazitelne białe wytwory z fotoszopa. Patrzą jak jadę bez biletu na rozmowę w sprawie pracy. Patrzą jak rano w poniedziałek kupuję gazetę, patrzą z kolorowych okładek, z bilbordów, patrzą z uśmieszkiem, z rzędem białych zębów, bądź piękna, bądź piękna, bądź piękna. Ich czyste sny, czyste myśli. Ich głuche milczenie, kiedy jakiś zboczeniec wsuwa im rękę między uda w zatłoczonym autobusie. Ich brak głosu w ważnych kwestiach.

Pamiętaj, brzuch należy mieć wciągnięty, a piersi duże i pełne, włosy długie bez końcówek rozdwajających się, twarz uśmiechnięta, zęby wyszczerzone. Piękna kobieta zna swoje miejsce.

Dociera do mnie, co się na świecie dzieje, pan z ekranu telewizora mówi głosem cieplutkim jak zwymiotowana przed chwilą gorąca zupa mleczna wpychana dzieciakom do gardeł przez brzydkie panie przedszkolanki, mówi tym głosem do mnie i do kilkunastu albo kilkudziesięciu tysięcy gejów, nie bójcie się, my chcemy wam pomóc, chcemy was uleczyć, wyleczymy was z waszej choroby, porozklejamy plakaty: zakaz pedałowania i od razu zrobi się lepiej. Chcemy wam pomóc, zajebiemy was kutasy, jak się nie przestaniecie pieprzyć między sobą, zajebiemy was odmieńcy, jego oczy mówią w ten sposób, jego zmarszczki układają się w wielkie wypierdalać pedzie, a z ust wypływa cieplutki głosik, chcemy wam pomóc, chcemy was uleczyć, z tego samego powodu, z którego chcemy uleczyć czarnuchów, aby się wreszcie biali stali, chcemy uleczyć kobiety, które nie chcą rodzić nam następnym podobnych do nas skurwysynów, pomożemy wam, nie traćcie nadziei.

Ona nigdy nie ma orgazmu. Psychologię skończyła na samych piątkach, stypendium za dobre wyniki w nauce, suknię ślubną to sobie sama uszyła. Taka jest. Dobra dziewczyna. Nigdy nie ma. 
Kiedyś jak miała siedem lat, pojechała na wieś do cioci i wujka. Spali w jednym łóżku. Ciocia z brzegu, Mariolka w środku, wujek od ściany. Coś ją wybudziło ze snu, koszulę nocną miała pod szyją, wujek dziwnie sapał, nie spał, dziwnie sapał i głaskał ją po brzuchu. Nie powiedziała o tym cioci, ani mamie, ani tacie. Nikomu. Ani misiowi pluszowemu. Była na tyle duża już i na tyle mała jeszcze, aby wiedzieć, że kiedy coś się stanie złego to nawet miś pluszowy nic. 
Ona nigdy nie ma orgazmu.

Ja to używam, a pani nie? Przecież reklamują, musi być dobre, skoro reklamują. Domestos do mózgu, nieskazitelna biel, zabija wszystkie zarazki na śmierć. Żadna niepoprawna myśl do głowy ci nie przyjdzie.  

Po raz kolejny wszystkim grzecznie dziękuję i mówię do widzenia. Tak jak zawsze mnie mama uczyła. Powiedz grzecznie do widzenia. Pożegnaj się z panem i z panią. Daj cioci buziaka, daj się uściskać wujkowi.  

Wiem, że muszę trzymać pion. Jeszcze uda mi się znaleźć dobrą pracę, kogoś poznać, mieć normalnego mężczyznę i dziecko z nim, mieć zapłacone światło, gaz i telefon. Będę się godzić na wszystko, na nieporuszanie drażliwych tematów przy obiedzie, na czekanie do późna, na sobotę i niedzielę z teściami na działce. Będę zawsze wilgotna i zawsze gotowa, pozwolę się przywiązać kablem do łóżka, nie będę zazdrosna o romans na boku, wszystko wybaczę, będę wierna, piękna i uległa. Będę wszystkim nadskakiwać. Moja kupa będzie pachnąca i różowa jak domek dla barbi.  

Będę znać na pamięć swój pesel, nip i regon, nauczę się lepić pierożki, kupię żelazko i wyprasuję wszystko. Wyprasuję sobie nawet uprzejmy wyraz twarzy, a później złożę go w kostkę i ułożę na półeczce.  

Patrzą na mnie nieruchome bilbordy, manekiny, białe zęby, zadowolone twarze. Skoro oni mogą być szczęśliwi, to ja też mogę. Jeszcze wam wszystkim pokażę. Pokażę wam jak będzie. 
Dopiero po chwili coś dostrzegam. Przyjazny uśmiech pięknych twarzy na bilbordach zmienia się w lekceważący pełen cynizmu grymas. 
Oni nadal patrzą na mnie. 
Nie wierz im, nie wierz – słyszę w głowie… 
To nic. Jeszcze będzie normalnie. Jeszcze będzie… Jeszcze…

"Małż" (2005)
Marta Dzido


PS. Jak widać na zdjęciu, Dzido napisała dwie książki i tę drugą też warto.
A jeszcze więcej polskiej literatury poleciłam na insta.  

27 sie 2016

Opium


Niniejsze rysunki i notatki pochodzą z kliniki Saint-Cloud (16 grudnia 1928 - kwiecień 1929). Dedykuję je palaczom-narkomanom, chorym, nieznajomym przyjaciołom połączonym wspólnym umiłowaniem książek. Załączone rysunki będą spowolnionymi krzykami cierpienia, notatki zaś - etapami przemarszu od stanu uważanego za nienormalny do stanu opatrzonego mianem normalności.

Nie dopuszcza się tutaj nikogo [...] nerwusa, na wpół wariata, któremu winno się dostarczyć jakichś rozrywek, zamyka się na długie miesiące skazując wyłącznie na towarzystwo pielęgniarki. Lekarz prowadzący wpada zaledwie na minutę. Jeżeli chory czuje się dobrze, pozostaje tu dłużej. Jeże czuje się źle, ucieka.

Szanujący się lekarz nie zagrzeje długo miejsca w pokoju. Ukrywa swe metody, gdyż po prostu ich nie ma. Ten sposób postępowania zdeprawował chorych. Lekarz ludzki w obejściu, zdolny ich wysłuchać, staje się kimś podejrzanym. Doktor M... wykończył całą moją rodzinę, a złamany nos brata ocenił jako różę twarzy. Za to jego surdut i łysa czaszka wzbudzały zaufanie.


Trwam w przeświadczeniu, że opium może być czymś dobrym i tylko od nas zależy, czy będzie dla nas łaskawe. Trzeba umieć się nim posługiwać. Tymczasem nic nie może się równać z naszą niezręcznością.

Prawić morały opiumiście, to jakby doradzać Tristanowi: "Uśmierć Izoldę. Będzie ci później znacznie lżej".

Młoda Azja już nie pali, ponieważ "dziadek palił". A młoda Europa pali, gdyż "dziadek nie palił". Ponieważ, niestety, młoda Azja naśladuje młodą Europę, właśnie dzięki nam opium powróci do punktu wyjścia.

Opium jest niczym decyzja. Jedynym naszym błędem jest żądza palenia przy jednoczesnym korzystaniu z przywilejów tych, którzy nie palą. Rzadko kiedy się zdarza, by jakiś nałogowiec rzucił opium. To opium rzuca jego, wszystko zarazem obracając w ruinę.

Bez opium wszelkie plany, małżeństwa lub podróże wydawałyby mi się czymś równie szalonym, jak pomysł kogoś, kto wypadając przez okno pragnąłby jednocześnie zawrzeć znajomość z lokatorami mieszkań, obok których przelatuje.

Jedną z cudownych właściwości opium jest możliwość natychmiastowego przeobrażenia obcego pokoju w pomieszczenie tak bliskie i tak pełne wspomnień, iż ma się wrażenie, że zajmowało się je od zawsze.

Palacz stanowi jedność z otaczającymi go przedmiotami . I papieros, i palec wypadają mu z ręki.

Trudno jest żyć bez opium, gdy się już raz je poznało, bo kiedy się je zna, trudno traktować tę ziemię poważnie. Trudno zaś jest żyć nie biorąc jej na serio, chyba że jest się świętym.

Wszyscy nosimy w sobie coś mocno ściśniętego, coś na kształt owych japońskich kwiatów, co rozwijają się wówczas, gdy rzucić je na wodę. Opium odgrywa właśnie rolę wody. Każdy z nas nosi w sobie odmienny wzór kwiatowy. Toteż możliwe, że ten, kto nie pali, nigdy nie pozna gatunku tych kwiatów, które by opium mogło w nim rozwinąć.


Żyjemy w epoce tak rozwiniętego indywidualizmu, że nie mówi się już o uczniach: mówi się o złodziejach. Wynikiem coraz bardziej rozwiniętego indywidualizmu są tylko osamotnienia. Nie ma już nienawiści pomiędzy artystami z przeciwległych brzegów, gdyż zawładnęła ona twórcami z tego samego brzegu.

"Już to zrobiłem" - "To już zostało zrobione"; jakże głupie zdania, od 1912 roku lejtmotyw świata artystycznego. Nie cierpię silenia się na oryginalność. Unikam tego, o ile tylko mogę. Oryginalną myśl należy przedstawić jak najostrożniej, aby nie wypaść jak ktoś, kto po raz pierwszy wbił się w nowe ubranie.

Zastanawiam się, jakim właściwie cudem ludzie piszą o życiu poetów, skoro sami poeci nie byliby w stanie opisać własnego żywota. Daty zachodzą na siebie, plączą się lata. Topnieją śniegi, stopy rwą się do lotu i wcale nie znaczą śladów.

Nie ma nic bardziej anormalnego niźli poeta zbliżający się do normalnego człowieka; ot, choćby Hugo, Goethe... To już zupełny wariat biegający samopas.

Poeta nie musi nic udowadniać; winien stwierdzać fakty bez dostarczania posiadanych dowodów obciążających, nie musi również podawać źródeł swoich stwierdzeń. Stopniowe odsłanianie tychże dowodów zapewni poecie w przyszłości pozycję jasnowidza.


Jakże ciężko uznać się za zdyskwalifikowanego przez opium; ciężko zdać sobie sprawę, że ów latający dywan istnieje sobie nadal, lecz że już nigdy się go nie dosiądzie.

Od sześciu tygodni odzyskuję stopniowo zdrowy wygląd. Od tygodnia nie mogę już pisać o opium. Już go nie potrzebuję. Palenie opium oddala się coraz bardziej. Pisząc o nim musiałbym chyba zmyślać.

Praca, która mnie wysysa, potrzebowała opium. Wymagała też, ażebym je rzucił. Jeszcze raz dałem jej się wystrychnąć na dudka. Zastanawiałem się więc: powrócę do palenia czy nie? Nie ma się po stroić w lekceważące miny, mój drogi poeto. Powrócę do palenia, jeśli zażąda tego moja praca.

Jean Cocteau

21 sie 2016

Biel

Nie ma mnie już we Wrocławiu. Na razie wróciłam do Krakowa, ale nie ukrywam, że zdążyłam się przywiązać do drugiego domu i często wracam do niego myślami. Na przykład dzisiaj.

Ostatnio Wrocław robi się coraz bielszy, co zupełnie nie pasuje mi do lata, które jest duszne, lepkie i przykurzone. Odnawiane albo nowe obiekty sprawiają wrażenie odrealnionych, sztucznych i kompletnie nie wtapiają się w pejzaż miejski. Perfekcyjność tych brył bardzo kontrastuje z otoczeniem - ciemnymi od smogu i spalin fasadami, cegłą albo uroczymi, chociaż banalnymi i bezpiecznymi, pastelami. Takie OVO na przykład wygląda jak spełnienie marzeń o nawiązaniu międzygalaktycznej przyjaźni ludzi z obcymi. Niestety nic z tego, bo w środku ma być podobno jakże przyziemny Hilton. Ale jeżeli wnętrza rzeczywiście będą wyglądały tak, rezerwuję pierwszy możliwy termin. Przyjadę sobie z mieszkania tramwajem 0 na jedną noc i pochodzę po tych kosmicznych korytarzach.

Biel przeżywa renesans. Białe ściany, białe panele, białe meble. Białe konta na Instagramie i białe Pinteresty. Wystarczyło odmalować Sedesowce i zachwytów nad ponadczasowością tej architektury i przyjemnym dla oka retrofuturyzmem nie ma końca. Ja też je uwielbiam. Wyobrażam sobie, że mieszkania tam przypominają te z Mechanicznej Pomarańczy, a przez któreś z owalnych okien wygląda Alex. Kiedy stanę przy nich po raz kolejny, urządzę sobie mały dramatyczny moment puszczając w słuchawkach Ludwiga van.  


Najbardziej powalającą, wręcz kliniczną, bielą jakiej w ostatnim czasie doświadczyłam była ta w Pawilonie Czterech Kopuł. Nie wiem, czy o miejscu, które odwiedziło się raz można powiedzieć "ulubione". Jeśli tak, wpisuję Pawilon na listę. Budynek w obecnym stanie został oddany do użytku dwa miesiące temu, więc wszystko jest czyściutkie i idealne. W tym momencie wnętrza służą za tło fantastycznym zbiorom polskiej sztuki XX wieku. Instagramowicze mogą teraz zacząć ziewać bo oczywiście nie mogłam się powstrzymać z czekaniem na wywołanie filmu i już dawno podzieliłam się zdjęciami z telefonu (1, 2, 3, 4, 5, 6).

Pierwszy raz w życiu znalazłam się w tak ogromnych przestrzeniach dosłownie oblanych bielą. Na początku poczułam się odrobinę jak na planie THX 1138 (klimat sci-fi mnie dziś nie opuszcza). Miałam przyjemność oglądać ten film na dużym ekranie i moje gałki oczne zareagowały w Pawilonie dokładnie tak, jak w kinie - próbowały mnie przekonać, że coś się popsuło z otoczeniem i trzeba mrugać, mrugać, mrugać. Teraz namawiam wszystkich znajomych, którzy wpadają do Wro i pytają, co warto odwiedzić, żeby wybrali się właśnie do Czterech Kopuł, bo w Polsce nie ma wielu takich budynków. W tym wypadku sztuka może zejść na drugi plan... chociaż mnie możliwość cyknięcia sobie jednego dnia foty z Magdaleną Abakanowicz i Marią Jaremą bardzo, ale to bardzo ekscytowała. I cyknęłam, to znaczy Marfa cyknęła, ja w sumie tylko stałam. Raz przodem, raz tyłem, tak dla urozmaicenia.





Jak Wam się podoba analogowy klimat?

zdjęcia: Marfa

15 sie 2016

Znajomi znad morza

Chcę Wam opowiedzieć o dwóch rzeczach, które zrobiły na mnie ostatnio wrażenie.
Dziś o fotografii i przedobrej sztuce!

Ciągle powtarzałam, że muszę sobie kupić aparat analogowy. No i kupiłam! Odebraniu pierwszej wywołanej rolki towarzyszyły emocje porównywalne z oczekiwaniem na przyjście św. Mikołaja. Oczywiście kompletnie nie wiem jeszcze, co robię, bo żaden ze mnie fotograf i na razie wszystko odbywa się metodą prób i błędów. Zdjęcia wychodzą i nie wychodzą, ale wszystkie są magiczne. Brakowało mi czegoś nowego i tak się cieszę, że to znalazłam.

Od dwóch tygodni noszę aparat praktycznie wszędzie (Olympus mju II, gdyby kogoś to interesowało). Był więc ze mną, gdy całkiem przypadkowo odkryłam jedną z najlepszych galerii polskiej sztuki współczesnej, w jakiej byłam.

Łatwiej zwabić mnie neonem niż cukierkami.

Nie planowałam na tamten wieczór sztuki. Chciałam zjeść falafela i kupić sobie dywanik w Tigerze (od którego jestem beznadziejnie uzależniona, ale cicho sza). Jednak w trakcie przemieszczania się z punktu do punktu na horyzoncie pojawił się tajemniczy neon, a pod nim plaża i leżaki.Trzeba było zboczyć z trasy.

Nazwanie tego odkryciem to może za dużo powiedziane, bo kamienica stoi na wrocławskim Rynku, numer 25. Natomiast haczyk jest taki, że Znajomi znad morza - czyli artyści z Trójmiasta - przyjechali do Wro w ramach ESK tylko na tydzień. Co więcej, to był mój ostatni wieczór w mieście przed ostateczną przeprowadzką do Krakowa. I że akurat tam musiały mnie ponieść nogi! Kocham takie zbiegi okoliczności.

Była ze mną mama, która pamiętała kamienicę z czasów, gdy urzędowała w niej Moda Polska (1, 2). Teraz wnętrza zostały całkowicie przearanżowane. Na pięciu piętrach znalazły się: obrazy, instalacje, kino, scena muzyczna, kawiarnia, bar i księgarnia. Całkiem niezłe zagospodarowanie przestrzeni.

Ktoś czuwał nad zamawiającymi kawkę. Speszyłam się i poszłam co Maka.

Jako, że inicjatywa nosiła nazwę Koalicja Miast, prace artystów krążyły m.in. wokół przestrzeni (trój)miejskiej. Pokazywały, jak można by podejść do projektowania miast tak, żeby te jak najlepiej służyły ich mieszkańcom. W Polsce najważniejsze jest sprzedanie deweloperowi czego się da. On potem wybuduje setną galerię handlową albo tyle bloków, ile tylko dopuszcza prawo. Rzadko myśli się o późniejszych użytkownikach takich przestrzeni, o ich potrzebach, komforcie i doznaniach estetycznych. We Wrocławiu można się wręcz potykać o kolejne centra handlowe, w każdym oczywiście ten sam zestaw sklepów. Takich "klimatycznych" osiedli bez ławek i z pasem zieleni, na którym i tak parkują samochody, bo szkoda było miejsca na wystarczająco duży parking, też jest całkiem sporo.

Zawsze mieszkałam daleko od morza i jest ono dla mnie czymś egzotyczny, więc lubię patrzeć, jak podchodzą do niego ci, którzy mogą codziennie karmić oczy takim widokiem. Ta fotografia szczególnie wpadła mi w oko (zapomniałam zapisać autora). Na wystawie pierwszy raz zetknęłam się z instalacją dźwiękową. Marcin Dymiter sprawił, że w piwnicy w samym centrum Wrocławia można było posłuchać wzburzonych fal Bałtyku.

Nie zabrakło miejsca na refleksję nad najnowszymi wydarzeniami. Morze kojarzy się dziś nie tylko z wakacjami, ale też z dramatycznymi przeprawami uchodźców. Emigracja dotyczy również nas – niezadowolonych z sytuacji w kraju Polaków. Wyjeżdżają już nie tylko ci, którzy chcą na szybko dorobić, ale także artyści, którzy nie widzą dla siebie przyszłości. Julita Wójcik (btw autorka tęczy na placu Zbawiciela) zwróciła uwagę na beznadziejne warunki, w jakich muszą pracować artyści, czyli brak umów, ubezpieczeń, kiepskie zarobki. Swoją sztuką najczęściej mogą zająć się dopiero po godzinach spędzonych w "normalnej" pracy. Przywołując Gombrowicza, który wyemigrował w '39 roku, Julita nakręciła film Transatlantyk, w którym całe to poczucie niestabilności zobrazowała po prostu dryfując na tratwie z walizek.

Pojawił się także wątek wyrastających jak grzyby po deszczu nacjonalistycznych bojówek w patriotycznych koszulkach. Utkwił mi w pamięci neon „Nigdy nie będziesz Polakiem!” Huberta Czerepoka. Zamknięcie całej wielowymiarowości faszyzujących ugrupowań w krótkim haśle z wpisaną w nie kotwicą Polski Walczącej – proste i celne. 

Tu miała być mina z serii zamyślona, wchłaniam sztukę, ale wyszedł smutny klops przysiadł na kaloryferze

Gdybym mogła, wróciłabym tam raz jeszcze. Wyszłam taka oczyszczona i naładowana energią twórczą!

Ode mnie to by było na tyle, bo literek i tak wyszło znów dużo za dużo. Za to zdjęć nie ma zbyt wiele, a to dlatego, że analogami nie da się pstrykać na lewo i prawo (wywoływanie filmu takie drogie :c). Na szczęście od tego ma się znajomych, żeby pomagali w trudnych chwilach. Wieczorne światło i brak lustrzanki były taką właśnie chwilą, więc dziękuję Znajomym za udostępnienie kilku zdjęć z przygotowań i przebiegu wydarzenia. Dzięki nim łatwiej Wam będzie poczuć klimat tamtego niezwykłego miejsca. 

fot. Michał Szymończyk / IKM
Trzymajcie się (i trzymajcie mnie) ♥

18 lip 2016

Nico

Dziś rano siedząc przy biurku przesłuchałam trzy solowe albumy Nico. Kilka godzin później przeczytałam, że właśnie tego dnia 28 lat temu zmarła w wypadku motocyklowym. Zrobiło mi się okropnie przykro, chociaż wiedziałam (czy raczej podejrzewałam, bo chyba nigdy tego nie sprawdziłam), że nie żyje. Zawsze mnie dziwił ten mechanizm przeżywania śmierci obcych osób, któremu tak łatwo ulegam.  

Nico by Steve Schapiro, Times Square, 1966
Nie wiem, czy Nico kiedyś pojawiła się na blogu. Nie wyobrażam sobie, żeby zabrakło tu dla niej miejsca, bo to jedna z moich ulubionych postaci lat 60. Kiedyś myliła mi się z muzą YSL i modelką Betty Catroux (to głownie przez te dwa zdjęcia), zresztą obie były bardzo inspirującymi kobietami.

Nico by Guy Webster, 1967 i zdjęcia próbne zrobione przez Warhola, 1965

Mam wrażenie, że przy wspominaniu lat 50., 60. i 70. Nico stoi gdzieś na uboczu. Nie doczekała się statusu ikony, o której każdy słyszał, zupełnie niesłusznie. Nico urodziła się w Niemczech jako Christa Päffgen. Mając zaledwie 13 lat zaczęła pracę modelki i podróżowała po całym świecie. Jej kariera nabrała rozpędu w Nowym Jorku, gdzie brała lekcje aktorstwa. Tam również poznała Warhola, który wciągnął ją do The Factory i włączył do zespołu The Velvet Underground.

Nico i Marcello Mastroianni w "La Dolce Vita" Felliniego, 1960
Nico, John Cale, Gerard Malanga and Andy Warhol of the band The Velvet Underground
Andy Warhol, Nico and The Velvet Underground,by Steve Shapiro, 1965
Nico and Andy Warhol as Batman and Robin for Esquire Magazine, 1967

Najwięcej osób kojarzy Nico właśnie z tej płyty, która narodziła się z inicjatywy Andy'ego:



Ale oprócz tego nagrała 7 płyt solowych. Jej pierwsza z 1967 roku jest moją ulubioną:



Oczywiście jej życie było pełne wzlotów i upadków, z czego tych drugich było o wiele więcej, ale inaczej się chyba nie da, jeśli jest się częścią najpopularniejszej bohemy świata i zna się dosłownie wszystkich (na przykład Jima Morrisona). Nico zmarła mając 49 lat. Bezpośrednią przyczyną śmierci był wypadek motocyklowy, ale jeszcze przed nim jej stan zdrowia był fatalny, ponieważ niemal całe życie była uzależniona m.in. od heroiny.

Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, ale jej osoba działa na mnie jak magnes. To chyba magia osobowości i charyzmy, bo mogę z zafascynowaniem patrzeć nawet jak Nico obcina sobie grzywkę. Zdjęcia, które uwieczniły jej szaloną młodość i w większości smutne życie są dla mnie niekończącym się źródłem inspiracji. Lubię ich autentyczność, brak przyklejonych uśmiechów, a niektóre kadry (na przykład ten poniżej) tak bardzo mi się podobają, że kiedyś będę je na pewno próbowała odtworzyć. Tym bardziej cieszę się, że w tym tygodniu listonosz przyniósł mi wymarzonego analoga.

Nico by Guy Webster, 1967
Nico and Gerard Malanga
Nico by Jeanloup Sieff, 1956
Nico by Billy Name, ca. 1966



wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony The Red List

21 maj 2016

Jak przejęłam kanał Radzki i przy okazji
dostałam Rudzielca


Też macie w głowię tę opozycję internet-rzeczywistość? Bo ja właśnie zaczęłam się z niej leczyć. Często mi ona nie pasowała i czułam, że oczernianie sieci na korzyść „prawdziwego świata” jest trochę naciągane. Na przykład te wszystkie uświadamiające kampanie społeczne, żeby nie wyciągać telefonów, gdy poszło się z kimś na kawę. Ludzie już nawet nie potrafią ze sobą normalnie porozmawiać. Pomyśl, zanim całkowicie się odczłowieczysz. I tego typu podpisy. Ja nie zawsze mam potrzebę gadania, gadanie i gadania. Szczególnie, jeśli jestem z kimś naprawdę bliskim. Czasem zwykłe posiedzenie obok siebie też jest przyjemne i potrzebne.

Poza tym denerwuje mnie degradowanie kontaktów utrzymywanych przez internet, tak jakby te wszystkie rozmowy były gorszej od NORMALNYCH. Ok, są inne, bo pojawia się jakieś medium, ale one także są częścią "prawdziwego świata". Ale dziś nie o tym chciałam mówić, więc jeszcze tylko szybciutko podlinkuję Wam fajny tekst Bertie Brandes dla i-D i wkleję kilka fragmentów:

Kim jesteś? Czy jest to powiązane z wykreowaną przez ciebie w internecie tożsamością? Wszyscy ludzie, którzy niedawno byli zbyt fajni na konto na Facebooku, dosłownie wyparowali.  

Internet jest rzeczywistością, a T.S. Eliot na pewno miałby Facebooka.  

Nasza cyfrowa tożsamość jest ogromną częścią tego, kim jesteśmy. Nikt nie sprawdza waszych profili na Facebooku tak często, jak wy sami. Nikt nie czyta waszych wpisów tak często, jak wy. Internet jest jak człowiek, który stoi sam w wielkim pokoju wyłożonym lustrami, patrząc na nieskończenie wiele odbić siebie. Zachęca nas do zabawy w Narcyza, zajrzenia w otchłań. I właśnie to będziemy robić po wieki wieków albo przynajmniej dopóki bateria nam nie padnie.



12. maja we Wrocławiu na moich oczach internet spotkał się z rzeczywistością. Po raz pierwszy w życiu przyszłam na spotkanie z "człowiekiem z Youtuba". Gdyby chodziło o samo spotkanie to pewnie bym się nie pojawiła, bo wzruszenia, uściski i te sprawy to nie moje klimaty. Ale trzeba przyznać, że jak Radzka coś zorganizuje, to z przytupem. Piąte urodziny jej kanału odbyły we wrocławkim kinie Nowe Horyzonty, które na tę okazję zdobyło premierowy dokument "The First Monday in May".  I tym sposobem musiałam tam być.

W polskim mainstreamowym internecie zajmującym się modą wciąż jest niewielu twórców, którzy wychodzą poza prezentowanie swojej szafy, zakupy i jeszcze więcej zakupów. Ledwo opanują dziesięć podstawowych faktów z historii mody, a już ogłaszają się znawcami tematu. Radzka jako jedna z nielicznych wzbudza moje zaufanie. Gdy mówi, że coś wie, ja wiem, że ona faktycznie to wie, a nie na szybko przeczytała chwilkę wcześniej artykuł na Wikipedii, żeby powtórzyć trzy francuskie słowa, robiąc przy okazji błędy w wymowie. Znajomość mody zawdzięcza latom doświadczeń w zawodzie i pielęgnowaniu pasji na długo przed założeniem kanału. Łączy te dwa światy - praktyczny (trendy, sieciówki) i teoretyczny - przekazując kawał wiedzy tysiącom Polek. Takiego twórcę chciałam wesprzeć swoją obecnością.

Wstęp na wydarzenie był bezpłatny, ale trzeba się było kilka dni wcześniej ustawić po wejściówkę. Niestety, pochłonięta pracą i wycieńczona do granic możliwości (już nawet żyrafy mnie nie cieszyły), na śmierć zapomniałam, żeby wstać wcześniej i podskoczyć do kina. Biletów było 100 i rozeszły się w dwie godziny. Taka jest właśnie moc internetów. Za Kochanowskim przeszłam wszystkie etapy żałoby, już prawie się pogodziłam z faktem, że mnie tam nie będzie. No i olśniło mnie. Może wystosuję do Radzki jakiegoś maila ociekającego pogróżkami i szantażykami różnej maści? Napisałam wieczorem, a rano dostałam odpowiedź, że Radzka nie tylko załatwi mi wejściówkę, ale ze strachu odda mi też swój kanał i Rudzielca. Dlatego to mój ostatni wpis na blogu. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia w moim kolejnym pierwszym filmie!

Dooobra, żartowałam. Ale wejściówkę mi załatwiła! (merci :*)

W trakcie seansu towarzyszył mi mój nowy nabytek, czyli zeszycik do zadań specjalnych (dzielnie walczyłam notując w ciemnościach i próbując zapisać prosto chociaż jedną linijkę tekstu; po zapaleniu świateł okazało się, że przegrałam sromotnie). Także otwieram mój kajecik pełny falowanych szyfrów, żeby jak najdokładniej przekazać Wam wrażenia po filmie!


Fabuła odrobinę przypominała "The September Issue" - znów amerykańki Vogue i Anna Wintour w akcji, tyle że przy organizacji gali MET (wypadającej w pierwszy poniedziałek maja), a nie składaniu magazynu. Drugą, równorzędną gwiazdą filmu był kurator Andrew Bolton, który od dekady pracuje w Metropolitan Museum of Art i jest odpowiedzialny za największe wystawy ostatnich lat. Ponieważ dokument powstawał w ubiegłym roku, kamera zabrała nas za kulisy "China: Through the Looking Glass" z 2015.

W swoim życiu miałam okazję obejrzeć jedną wystawę MET („Alexander McQueen: Savage Beauty”). Była to ta wyjątkowa okazja, gdy wystawa przyleciała z Nowego Jorku do Londynu – miasta, w którym żył i tworzył Alexander. Muszę powiedzieć, że moje gałki nigdy nie obcowały z większym muzealnym efekciarstwem. Odsyłam do podlinkowanego wpisu – najdłuższego w historii bloga. To była fantastyczna mieszanka rzemiosła, transcendencji i popkultury. Dosłownie można było wejść i co metr padać na kolana. W tych zachwytach chodzi mi o to, że kumam wydarzenia takiego kalibru i że w „The First Monday in May” całkiem nieźle oddano tę niesamowitą aurę, jaka się podczas nich tworzy.


A właśnie, ktoś ją musi stworzyć. I tym procesem dowodził Andrew Bolton. Tak umęczony na kilka dni przed otwarciem, że chciałoby się go przytulić i dać czekoladowego Karla Lagerfelda do schrupania. Cała ta logistyka wydaje mi się fascynująca, ale trudno jest do takich danych dotrzeć. I tu z pomocą przychodzą choćby filmy dokumentalne. Podejrzewam, że nikt z nas tutaj zgromadzonych nie potrafi sobie nawet wyobrazić, jak trudnym przedsięwzięciem jest zorganizowanie podobnej wystawy. Film zaczął się 8 miesięcy przed wielkim otwarciem. Praca dla MET ma ten plus, że nie trzeba się aż tak bardzo gimnastykować, żeby zdobyć poszczególne ubrania. Zazwyczaj leżą sobie one po prostu w muzealnym archiwum, największym na świecie. Ale jak to wszystko ze sobą połączyć? Jak dokonać selekcji, żeby nie przeładować całości zbyt dużą liczbą eksponatów i nie przysłonić zawartości intelektualnej? To jest właśnie rola kuratora. W życiu nie widziałam tak gigantycznego storyboardu z inspiracjami. Ktoś na ekranie słusznie zażartował, że przypomina Wielki Mur Chiński.

Ideą „China: Through the Looking Glass” nie było przybliżenie kultury chińskiej jako takiej, ale skupienie się na obrazie Wschodu, jaki ma w głowie Zachód. Obrazie zbudowanym przede wszystkim na podstawie filmów. Zahaczała więc o wciąż żywe kwestie stereotypizacji, kolonializmu i orientalizmu. I to budziło największe obawy Chińczyków, zresztą uzasadnione, bo MET wymagało od widzów bardzo wiele, a jak wiemy, niewielu się chce. Dochodziło więc do ciągłych starć na linii Bolton-Chiny, a rozmowy na temat funkcjonowania stereotypów w kulturze i sensu ich dalszego popularyzowania zdawały się nie mieć końca.


Anna natomiast zajęła się tym, co od lat robi najlepiej, czyli żenieniem luksusowej mody ze światem celebrytów. Według niej ten związek wydobywa z obu stron to, co najlepsze i wzmacnia je. Według mnie nie. Sceny negocjowania stawki Rihanny za przyjście na imprezę i krótki koncert, a potem już sam występ na gali, były po prostu komiczne. Przy całym wątku dotyczącym szacunku dla kultury Chin, wijąca się i rapująca "Bitch Better Have My Money" w stroju nawiązującym do kultury Wschodu Rihanna to było coś... osobliwego :D Wracając, współczuję dziewczynom odpowiedzialnym za usadzanie gości. Mapka stolików i nazwisk wyglądała tak, jakby Stany szykowały się na podbój Rosji.

Dokument był ciekawy, ale nie genialny. Momentami za dużo w nim było podporządkowywanie faktów pod oś filmu, uproszczeń i przesady. Na przykład, że "Savage Beauty", cytuję: stworzyła nową definicję tworzenia wystaw i dzięki niej krytycy w końcu uznali modę za sztukę. Po raz n-ty analizowano osobę Anny Wintour, jaka to ona zimna i kultowa. Ok, ale to już było we wcześniejszych filmach, a im więcej ochów i achów na jej temat czytam, tym bardziej mnie nudzą. Chociaż w kontekście surowości i wyniosłości Anny padło fajne zdanie: Anna gra osobę, którą wszyscy myślą, że jest. Nie obyło się oczywiście bez dramy w postaci opóźnień, które spowodowały, że ekipa miała ledwie 2 dni na zainstalowanie kostiumów i pracowała do ostatnich minut przed rozpoczęciem gali i przyjazdem gwiazd. Spoiler: uwinęli się ze wszystkim na czas.

Największym wygranym filmu jest Andrew Bolton. Młody chłopak z Anglii, którego młodość przypadła akurat na Nowy Romantyzm i genender blending. Student sztuki i antropopologii, mający na własne oczy widzieć konfrontację mody, seksualności, tożsamości. To on w pewnym sensie został bohaterem tego dokumentu. Muzea zaczynają przeżywać mały renesans i dobrze. Wszyscy znamy i kocham legendy o byciu redaktorem naczelnym Vogue'a - czas wylansować kuratorów!


To co? Kilka cyferek na koniec. Wystawa „China: Through the Looking Glass” była otwarta od maja do września 2015 roku. 150 kostiumów w otoczeniu zabytkowych eksponatów chińskich zobaczyło ponad 800 tys. zwiedzających (więcej niż „Savage Beauty”). Czyli sukces!


*   *   *

Dzięki Radziu. Że Ci się chciało. Że wcieliłaś się w rolę biletera i witałaś każdego gościa zamieniając z nim kilka słów. Że rozdawałaś różowe lizaki (łatwo mnie kupić różem) i jeszcze więcej prezentów po seansie. Że nie uciekłaś do Warszawy i nadal działasz lokalnie. Twoja misja edukacyjna zatacza coraz szersze kręgi. Go girl!  


Takie tam:
  • Solenizantka o imprezie, czyli wideo relacja z urodzin na kanale Radzki.
  • Już ostatnio wspominałam przykazanie pic or didn't happen. No to proszę: Radzka i ja w jednym kadrze. Nie jest to moja mina roku, ale co tam! Aha, jakby co to mam zęby, wszystkie. Bo na zdjęciu wyglądam, jakby sztuczną szczękę zostawiła w domu :D


"The First Monday in May" (2016)
reż. Andrew Rossi 
kadry z filmu: Tribeca Film Festival