5 maj 2017

Siostrzeństwo

z cyklu: g i r l  p o w e r



Ostatnio mam szczęście do filmów i pomyślałam: kurcze, kurcze, muszę to wykrzyczeć całemu światu. Captain Fantastic Matta Rossa tak mnie zachwycił, że obejrzałam go dwa razy, dzień po dniu. Drugi raz z mamą, którą zaciągnęłam prawie siłą, a potem sama się wciągnęłam i przez przypadek wysiedziałam już do końca. Genialny, i fabularnie dość podobny (relacja ojciec-dziecko), był też Paryż, Texas Wima Wendersa - klasyk, do którego zbierałam się długo za długo, ale udało się i zapamiętam go na długo.

ALE

Właściwie to nie o tym dziś chciałam. Jest jeszcze jeden film, który zawierał tyle inspirujących wątków, że zasługuje na osobny wpis. I oto on. Więc do rzeczy: dla 20th Century Women warto rzucić wszystko i spędzić dwie godziny na kanapie. Ja jednak spędziłam cztery, bo po pierwszym razie stwierdziłam, że to o jeden raz za mało. Zaraz się przekonacie dlaczego.




Akcja filmu rozgrywa się w latach 70. Jest więc kontrkultura, ówczesny feminizm z chociażby Sisterhood is Powerful Robin Morgan, bardzo dużo muzyki, w tym kilka miłych nawiązań do Davida Bowie, i nawet przez ułamek sekundy widać na zdjęciu Patti Smith. Brzmi jakby ktoś połączył 10 ostatnich wpisów na tym blogu? Trochę tak. Jest taka szansa, że odpowiedzialny za reżyserię i scenariusz Mike Mills jest po prostu moim męskim alter ego.

ALE

To wszystko, o czym napisałam wraz z cudownie estetycznymi zdjęciami, scenografią i kalifornijskimi plenerami... To są tylko dodatki do historii kobiet XX wieku (od razu nasuwa się pytanie, jak zostaną sportretowane kobiety XXI wieku). Próbującej nadążyć za swoim nastoletnim synem Dorothei, zaprzyjaźnionej z chłopakiem Julie oraz fotografki Abbie. Uwielbiam wielowymiarowość bohaterek i jednocześnie jest mi strasznie przykro, że ich "kobiece problemy" ciągle są tak aktualne.




Wszystkie trzy próbują żyć po swojemu, reprezentują inne wizje kobiecości, są silne i słabe w inny sposób, mają inne doświadczenia życiowe. A jednak w jakiś sposób troszczą się o siebie i znajdują wspólny język... albo przynajmniej próbują. Trudno tu mówić o jakimś bardzo wprost przekazie albo puencie, co w moich oczach jest komplementem. Ten film jest jak dobra powieść albo wiersz, który zostawia dla odbiorcy pole do zagospodarowania przez własną wyobraźnię i perspektywę.

No dobra, zostawiam was już z kadrami! Bardzo się starałam, żeby wybrać fragmenty, które oddzadzą klimat, nie spojlerując jednocześnie za wiele. Chyba się udało, więc wchłońcie jak najwięcej barwy, brzmienia i ducha '79, a potem... kontynuujcie ten proces oglądając cały film ☮ ♀



We always believed that we were part of a great movement of humanity itself...









- Can’t things... just be pretty? 
- Pretty music is used to hide how unfair and corrupt society is. 
- Ah.





She grew up in Santa Barbara where everyone is happy, but that just made her feel crazy.


She saw „The Man Who Fell to Earth” and dyed her hair red.


I was so cocky, and I was so angry, and I was so happy.





These were a bunch of songs that I think my life would have been better if they had been around when I was a teenager. So I'm hoping that if you listen to them now, you will be a happier and more realized person than I could ever hope to be.





- Were you ever in love? 
- Sure. Or, um… Maybe I was just… I felt I was supposed to be in love.










- What’s it like... for girls?
- What? Sex?
- Orgasms.
- Do you really want to know what it's like?
- Yeah.
- I don't have them. None of my friends do.





It's 1979.
They don't know this is the end of punk. They don't know that Reagan's coming.
It's impossible to imagine that kids will stop dreaming about nuclear war.
It's impossible to imagine HIV.
The internet.





There's a hard part and then it gets better. And then it gets hard again, but never mind. 
I shouldn't have told you that part.







20th Century Women (2016)
Mike Mills

21 maj 2016

Jak przejęłam kanał Radzki i przy okazji
dostałam Rudzielca


Też macie w głowię tę opozycję internet-rzeczywistość? Bo ja właśnie zaczęłam się z niej leczyć. Często mi ona nie pasowała i czułam, że oczernianie sieci na korzyść „prawdziwego świata” jest trochę naciągane. Na przykład te wszystkie uświadamiające kampanie społeczne, żeby nie wyciągać telefonów, gdy poszło się z kimś na kawę. Ludzie już nawet nie potrafią ze sobą normalnie porozmawiać. Pomyśl, zanim całkowicie się odczłowieczysz. I tego typu podpisy. Ja nie zawsze mam potrzebę gadania, gadanie i gadania. Szczególnie, jeśli jestem z kimś naprawdę bliskim. Czasem zwykłe posiedzenie obok siebie też jest przyjemne i potrzebne.

Poza tym denerwuje mnie degradowanie kontaktów utrzymywanych przez internet, tak jakby te wszystkie rozmowy były gorszej od NORMALNYCH. Ok, są inne, bo pojawia się jakieś medium, ale one także są częścią "prawdziwego świata". Ale dziś nie o tym chciałam mówić, więc jeszcze tylko szybciutko podlinkuję Wam fajny tekst Bertie Brandes dla i-D i wkleję kilka fragmentów:

Kim jesteś? Czy jest to powiązane z wykreowaną przez ciebie w internecie tożsamością? Wszyscy ludzie, którzy niedawno byli zbyt fajni na konto na Facebooku, dosłownie wyparowali.  

Internet jest rzeczywistością, a T.S. Eliot na pewno miałby Facebooka.  

Nasza cyfrowa tożsamość jest ogromną częścią tego, kim jesteśmy. Nikt nie sprawdza waszych profili na Facebooku tak często, jak wy sami. Nikt nie czyta waszych wpisów tak często, jak wy. Internet jest jak człowiek, który stoi sam w wielkim pokoju wyłożonym lustrami, patrząc na nieskończenie wiele odbić siebie. Zachęca nas do zabawy w Narcyza, zajrzenia w otchłań. I właśnie to będziemy robić po wieki wieków albo przynajmniej dopóki bateria nam nie padnie.



12. maja we Wrocławiu na moich oczach internet spotkał się z rzeczywistością. Po raz pierwszy w życiu przyszłam na spotkanie z "człowiekiem z Youtuba". Gdyby chodziło o samo spotkanie to pewnie bym się nie pojawiła, bo wzruszenia, uściski i te sprawy to nie moje klimaty. Ale trzeba przyznać, że jak Radzka coś zorganizuje, to z przytupem. Piąte urodziny jej kanału odbyły we wrocławkim kinie Nowe Horyzonty, które na tę okazję zdobyło premierowy dokument "The First Monday in May".  I tym sposobem musiałam tam być.

W polskim mainstreamowym internecie zajmującym się modą wciąż jest niewielu twórców, którzy wychodzą poza prezentowanie swojej szafy, zakupy i jeszcze więcej zakupów. Ledwo opanują dziesięć podstawowych faktów z historii mody, a już ogłaszają się znawcami tematu. Radzka jako jedna z nielicznych wzbudza moje zaufanie. Gdy mówi, że coś wie, ja wiem, że ona faktycznie to wie, a nie na szybko przeczytała chwilkę wcześniej artykuł na Wikipedii, żeby powtórzyć trzy francuskie słowa, robiąc przy okazji błędy w wymowie. Znajomość mody zawdzięcza latom doświadczeń w zawodzie i pielęgnowaniu pasji na długo przed założeniem kanału. Łączy te dwa światy - praktyczny (trendy, sieciówki) i teoretyczny - przekazując kawał wiedzy tysiącom Polek. Takiego twórcę chciałam wesprzeć swoją obecnością.

Wstęp na wydarzenie był bezpłatny, ale trzeba się było kilka dni wcześniej ustawić po wejściówkę. Niestety, pochłonięta pracą i wycieńczona do granic możliwości (już nawet żyrafy mnie nie cieszyły), na śmierć zapomniałam, żeby wstać wcześniej i podskoczyć do kina. Biletów było 100 i rozeszły się w dwie godziny. Taka jest właśnie moc internetów. Za Kochanowskim przeszłam wszystkie etapy żałoby, już prawie się pogodziłam z faktem, że mnie tam nie będzie. No i olśniło mnie. Może wystosuję do Radzki jakiegoś maila ociekającego pogróżkami i szantażykami różnej maści? Napisałam wieczorem, a rano dostałam odpowiedź, że Radzka nie tylko załatwi mi wejściówkę, ale ze strachu odda mi też swój kanał i Rudzielca. Dlatego to mój ostatni wpis na blogu. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia w moim kolejnym pierwszym filmie!

Dooobra, żartowałam. Ale wejściówkę mi załatwiła! (merci :*)

W trakcie seansu towarzyszył mi mój nowy nabytek, czyli zeszycik do zadań specjalnych (dzielnie walczyłam notując w ciemnościach i próbując zapisać prosto chociaż jedną linijkę tekstu; po zapaleniu świateł okazało się, że przegrałam sromotnie). Także otwieram mój kajecik pełny falowanych szyfrów, żeby jak najdokładniej przekazać Wam wrażenia po filmie!


Fabuła odrobinę przypominała "The September Issue" - znów amerykańki Vogue i Anna Wintour w akcji, tyle że przy organizacji gali MET (wypadającej w pierwszy poniedziałek maja), a nie składaniu magazynu. Drugą, równorzędną gwiazdą filmu był kurator Andrew Bolton, który od dekady pracuje w Metropolitan Museum of Art i jest odpowiedzialny za największe wystawy ostatnich lat. Ponieważ dokument powstawał w ubiegłym roku, kamera zabrała nas za kulisy "China: Through the Looking Glass" z 2015.

W swoim życiu miałam okazję obejrzeć jedną wystawę MET („Alexander McQueen: Savage Beauty”). Była to ta wyjątkowa okazja, gdy wystawa przyleciała z Nowego Jorku do Londynu – miasta, w którym żył i tworzył Alexander. Muszę powiedzieć, że moje gałki nigdy nie obcowały z większym muzealnym efekciarstwem. Odsyłam do podlinkowanego wpisu – najdłuższego w historii bloga. To była fantastyczna mieszanka rzemiosła, transcendencji i popkultury. Dosłownie można było wejść i co metr padać na kolana. W tych zachwytach chodzi mi o to, że kumam wydarzenia takiego kalibru i że w „The First Monday in May” całkiem nieźle oddano tę niesamowitą aurę, jaka się podczas nich tworzy.


A właśnie, ktoś ją musi stworzyć. I tym procesem dowodził Andrew Bolton. Tak umęczony na kilka dni przed otwarciem, że chciałoby się go przytulić i dać czekoladowego Karla Lagerfelda do schrupania. Cała ta logistyka wydaje mi się fascynująca, ale trudno jest do takich danych dotrzeć. I tu z pomocą przychodzą choćby filmy dokumentalne. Podejrzewam, że nikt z nas tutaj zgromadzonych nie potrafi sobie nawet wyobrazić, jak trudnym przedsięwzięciem jest zorganizowanie podobnej wystawy. Film zaczął się 8 miesięcy przed wielkim otwarciem. Praca dla MET ma ten plus, że nie trzeba się aż tak bardzo gimnastykować, żeby zdobyć poszczególne ubrania. Zazwyczaj leżą sobie one po prostu w muzealnym archiwum, największym na świecie. Ale jak to wszystko ze sobą połączyć? Jak dokonać selekcji, żeby nie przeładować całości zbyt dużą liczbą eksponatów i nie przysłonić zawartości intelektualnej? To jest właśnie rola kuratora. W życiu nie widziałam tak gigantycznego storyboardu z inspiracjami. Ktoś na ekranie słusznie zażartował, że przypomina Wielki Mur Chiński.

Ideą „China: Through the Looking Glass” nie było przybliżenie kultury chińskiej jako takiej, ale skupienie się na obrazie Wschodu, jaki ma w głowie Zachód. Obrazie zbudowanym przede wszystkim na podstawie filmów. Zahaczała więc o wciąż żywe kwestie stereotypizacji, kolonializmu i orientalizmu. I to budziło największe obawy Chińczyków, zresztą uzasadnione, bo MET wymagało od widzów bardzo wiele, a jak wiemy, niewielu się chce. Dochodziło więc do ciągłych starć na linii Bolton-Chiny, a rozmowy na temat funkcjonowania stereotypów w kulturze i sensu ich dalszego popularyzowania zdawały się nie mieć końca.


Anna natomiast zajęła się tym, co od lat robi najlepiej, czyli żenieniem luksusowej mody ze światem celebrytów. Według niej ten związek wydobywa z obu stron to, co najlepsze i wzmacnia je. Według mnie nie. Sceny negocjowania stawki Rihanny za przyjście na imprezę i krótki koncert, a potem już sam występ na gali, były po prostu komiczne. Przy całym wątku dotyczącym szacunku dla kultury Chin, wijąca się i rapująca "Bitch Better Have My Money" w stroju nawiązującym do kultury Wschodu Rihanna to było coś... osobliwego :D Wracając, współczuję dziewczynom odpowiedzialnym za usadzanie gości. Mapka stolików i nazwisk wyglądała tak, jakby Stany szykowały się na podbój Rosji.

Dokument był ciekawy, ale nie genialny. Momentami za dużo w nim było podporządkowywanie faktów pod oś filmu, uproszczeń i przesady. Na przykład, że "Savage Beauty", cytuję: stworzyła nową definicję tworzenia wystaw i dzięki niej krytycy w końcu uznali modę za sztukę. Po raz n-ty analizowano osobę Anny Wintour, jaka to ona zimna i kultowa. Ok, ale to już było we wcześniejszych filmach, a im więcej ochów i achów na jej temat czytam, tym bardziej mnie nudzą. Chociaż w kontekście surowości i wyniosłości Anny padło fajne zdanie: Anna gra osobę, którą wszyscy myślą, że jest. Nie obyło się oczywiście bez dramy w postaci opóźnień, które spowodowały, że ekipa miała ledwie 2 dni na zainstalowanie kostiumów i pracowała do ostatnich minut przed rozpoczęciem gali i przyjazdem gwiazd. Spoiler: uwinęli się ze wszystkim na czas.

Największym wygranym filmu jest Andrew Bolton. Młody chłopak z Anglii, którego młodość przypadła akurat na Nowy Romantyzm i genender blending. Student sztuki i antropopologii, mający na własne oczy widzieć konfrontację mody, seksualności, tożsamości. To on w pewnym sensie został bohaterem tego dokumentu. Muzea zaczynają przeżywać mały renesans i dobrze. Wszyscy znamy i kocham legendy o byciu redaktorem naczelnym Vogue'a - czas wylansować kuratorów!


To co? Kilka cyferek na koniec. Wystawa „China: Through the Looking Glass” była otwarta od maja do września 2015 roku. 150 kostiumów w otoczeniu zabytkowych eksponatów chińskich zobaczyło ponad 800 tys. zwiedzających (więcej niż „Savage Beauty”). Czyli sukces!


*   *   *

Dzięki Radziu. Że Ci się chciało. Że wcieliłaś się w rolę biletera i witałaś każdego gościa zamieniając z nim kilka słów. Że rozdawałaś różowe lizaki (łatwo mnie kupić różem) i jeszcze więcej prezentów po seansie. Że nie uciekłaś do Warszawy i nadal działasz lokalnie. Twoja misja edukacyjna zatacza coraz szersze kręgi. Go girl!  


Takie tam:
  • Solenizantka o imprezie, czyli wideo relacja z urodzin na kanale Radzki.
  • Już ostatnio wspominałam przykazanie pic or didn't happen. No to proszę: Radzka i ja w jednym kadrze. Nie jest to moja mina roku, ale co tam! Aha, jakby co to mam zęby, wszystkie. Bo na zdjęciu wyglądam, jakby sztuczną szczękę zostawiła w domu :D


"The First Monday in May" (2016)
reż. Andrew Rossi 
kadry z filmu: Tribeca Film Festival

16 lut 2016

Kocham Cię, Tavi


Walentynki już za nami! Mam nadzieję, że nikomu z Was nie pękło tego dnia serduszko, a jeśli pękło, to chociaż zagryzł ranę parówką od Magdy Glessler. Osobiście niespecjalnie przywiązuję wagę do tych kalendarzowych świąt. Chociaż nie... cofam. Międzynarodowy Dzień Pizzy to była poważna sprawa i cieszę się, że świętowaliście razem ze mną. Korzystając jednak ze wciąż unoszącej się w powietrzu miłosnej aury, po raz kolejny wspomnę o cudowności Tavi. Przepraszam, no po prostu nie mogę się odkochać. Nie pamiętam niestety gdzie, ale ktoś kiedyś napisał, że Persona Obscura przypomina mu bloga Tavi i to był chyba najlepszy komplement, jaki dostałam w życiu. 

No więc, postanowiłam podzielić się z Wami kolejnym filmikiem wyprodukowanym przez Nowness (kto zaspał, niech szybko nadrobi "Meduzę"). Ujął mnie szczególnie nie tylko dlatego, że został poświęcony Tavi, ale przede wszystkim z tego powodu, że przypomina mi moje obecne życie. Dobra, nie mieszkam w Nowym Jorku. I być może po zajęciach nie prowadzę portalu czytanego przez miliony nastolatek z całego świata. Ale ja także jestem na etapie pierwszego samodzielnego mieszkania i obklejenie ścian moją ukochaną makulaturą sprawiło, że poczułam się w nim w końcu jak w domu. Uwielbiam gromadzić małe rzeczy - wycinki, pocztówki, prezenty - które są dla mnie ważnym źródłem inspiracji i po prostu elementem codzienności.  Staram się też stopniowo powiększać biblioteczkę, co idzie mi lepiej niż się spodziewałam (na miano łupu nr 1 zdecydowanie zasługuje album z pracami Marii Jaremy kupiony za dwie dychy). I pisać, dużo pisać, głównie do szuflady, ale może kiedyś się wyrobię...

Załączam walentynkowego buziaka :*


reżyseria Barbara Anastacio
zdjęcie i film: nowness.com

7 lut 2016

Och, Gucci!


Dawno nie pisałam o niczym stricte modowym, więc czas na mały powrót do korzeni. A wszystko to przez kolekcję Gucci na wiosnę/lato 2016. Przepadłam całkowicie... Marka pod dowództwem Alessandra Michele kwitnie! Aż trudno uwierzyć, że jest on dyrektorem kreatywnym dopiero od roku, bo jej wizerunek zmienił się diametralnie. Przypadek Gucci przypomina trochę to, co dla Louis Vuitton zrobił Nicolas Ghesquière (ta kampania to było szaleństwo!). Oba, cieszące się ogromną popularnością, domy mody przez lata były synonimem kiczu, a ich monogramy kojarzono raczej z bazarkiem, niż projektami z najwyższej półki. 

Nowa, bardziej wyrazista estetyka czerpie garściami z lat 70. i 80. Nie są to oczywiście żadne dosłowne przeniesienia, a raczej współczesna, mocno podkoloryzowana fantazja o tamtych czasach. Za zdjęcia odpowiada Glen Luchford, którego prace są absolutnie cudowne i bliskie mojemu sercu. Tym razem szczególnie mnie zachwycił, bo umiejscowił najnowszą kolekcję w Berlinie gdzieś około roku '80, a ówczesna popkultura niemiecka sprawia, że robię ohhh i ahhh. W trakcie oglądania tych zdjęć przyszło mi do głowy parę kontekstów, głównie filmowych, którymi chcę się z Wami podzielić. Poza tym, kampania wzbudziła sporo kontrowersji i dyskusji o ideałach promowanych w świecie mody. Ale do tego przejdę za chwilę...

Uwaga! Teraz wszyscy grzecznie puszczają sobie soundtrack do tego wpisu i czytają dalej!

Zacznijmy od początku, czyli o co tyle hałasu? Wiosenno-letnia odsłona Gucci prezentuje się następująco:




Jednak kluczowym do zrozumienia największych zarzutów pod adresem tej kampanii jest film:


Który mocno przypomina pewną scenę:


Wir Kinder vom Bahnhof Zoo (1981)

Książka Christiane Felscherinow oraz jej ekranizacja to absolutna klasyka, ale nawiązywanie do heroinowej przeszłości Berlina Zachodniego zawsze będzie wzbudzało kontrowersje. Gucci szczególnie upodobało sobie "My, dzieci z dworca Zoo", bo nie jest to ich pierwsza inspiracja (film / męska kolekcja na jesień '15). Tym razem podobne są nie kostiumy, ale całe sceny, plenery i jedna z modelek, która bardzo przypomina filmową Christiane F.

kadry z "Wir Kinder vom Bahnhof Zoo"

Heroin Chic

Oczywiście niemal od razu pojawiły się głosy, że Gucci gloryfikuje narkomanię tak, jak w latach 90. robiło to zjawisko heroin chic i fotografowie tacy, jak Juergen Teller, bracia Sorreti czy Corine Day. A co gorsza bazuje na tragicznych wydarzeniach, które faktycznie miały miejsce w połowie lat 70. w Niemczech i dotykały także dzieci.

zdjęcia Corrine Day: England's Dreaming (1993) i Vogue Italia (2003)
zdjęcie Jurgena Tellera (1997) i Corrine Day (1999)

Skąd wzięła się moda na lansowanie AŻ TAK skrajnego wizerunku? Lata 90. były bardzo dekadenckie, zafascynowane rozpadem, naturalizmem, oniryzmem. Zdesperowane, żeby stworzyć nowy styl przekraczający granice lat 80. Wszystko to widać np. w pracach Alexandra McQueena, o których sporo pisałam przy okazji wystawy Savage Beauty. O tych niszczycielskich aspektach heroin chic wspomina też ten dokument z '97...


...w którym pojawia się m.in. kolekcja Gucci ;)

Gucci S/S 1997, zdjęcia: Christian Witkin dla Detour Magazine

Dandysi

Mnie kierunek obrany przez Alessandra Michele kojarzy się najbardziej z dandyzmem, który w duchu XXI wieku przestał już być zarezerwowany tylko dla mężczyzn. W artykule na łamach W Magazine dotyczącym wiosenno-letniej kolekcji Gucci pojawiła się ciekawa wypowiedź jednego z włoskich dziennikarzy modowych: Nowy konsument jest bezpłciowy. Nie chce być uznawany za homoseksualistę, heterosekualistę czy cokolwiek innego. Nie jest to dla niego czymś istotnym.  Nowi dandysi są jednak wciąż ekstrawaganccy, przestylizowani, wręcz groteskowi... 

Gucci S/S 2016,  zdjęcia: vogue.com

I mocno osadzeni w latach 70. Wystarczy spojrzeć na obłędne i bezbłędne garnitury Bowiego, które nie zestarzały się ani trochę na jego androgynicznym ciele. Alessandro po prostu "podkręcił je" błyskiem lat 80. i krzykliwymi dodatkami.

zdjęcie Terry'ego O'Neilla (1974) i David w Monachium (1976)

Deutschland '83 (2015)

Powroty do Niemiec lat 70. i 80. będą z pewnością coraz częstsze. Przy okazji researchu do tego posta, natknęłam się na informację o serialu "Deutschland '83", ale jeszcze go nie oglądałam, więc tylko wspominam, że taka produkcja istnieje. Opowiada o żołnierzu ze Wschodnich Niemiec, który zostaje wysłany jako szpieg za Mur Berliński do RFN. Fajny tekst na ten temat opublikował The Guardian.

kadr z "Deutschland '83"

This Ain't California (2012)

Obecność deskorolki u Gucci przypomniała mi z kolei o chyba najlepszym mokumencie, jaki widziałam w życiu. Jego tematem są narodziny subkultury skejtów w NRD na przełomie lat 70. i 80. i generalnie wyciskanie z szarej rzeczywistości bloku wschodniego ile tylko się da. "Daj  dziecku coś, co ma kółka, i umieść  je w  świecie z betonu - zawsze wpadnie na  ten sam pomysł".

Trafiłam na ten film całkiem przypadkowo (leciał na TVP Kultura) i od razu się wciągnęłam, chociaż deskorolki nigdy mnie nie interesowały. Do samego końca byłam przekonana, że oglądam dokument. Tak mi się spodobał, że pobiegłam od razu do komputera, żeby wygooglować głównych bohaterów i okazało się, że najprawdopodobniej nigdy nie istnieli. Cała opowieść została złożona na nowo ze strzępów historii, a znaczna część scen była tylko genialnie wystylizowaną na tamte lata fikcją (do kręcenia używano kamery Super 8). Wybaczcie ten spojler, ale lepiej się na to z góry przygotować. Sami twórcy nie wypowiadają się na temat autentyczności użytych nagrań. Koniec końców, liczy się efekt finalny, a na mnie nostalgiczny klimat tego filmu zrobił ogromne wrażenie.

"To nie jest Kalifornia" został obsypany nagrodami m.in. na Berlinale, Cannes Independent Film Festival i Warsaw Film Festival. Na jutubie znalazłam tylko oryginał. Na szczęście wszyscy śpiący na zajęciach z niemieckiego (ze mną włącznie, niestety) nie muszą jeszcze płakać. Polskie i angielskie wersje są na tych mniej legalnych stronach, do których nie podam linków, bo przecież wcale nie bywam w takich miejscach. Szukajcie, a znajdziecie!  

fragment plakatu i kadry z filmu "This Ain't California"

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że takie błądzenie od skojarzenia do skojarzenia Wam się podobało i czymś się zainspirujecie. Buziaki!

28 gru 2015

Meduza

Nowa filmowa inspiracja:

"A modern tale of cross-species friendship set in an experimental soundscape"

reżyseria Leigh Johnson
muzyka Pauline Oliveros i Maggie Payne

1 lis 2015

"Dior and I"

Słyszeliście kiedyś o Syndromie Stendhala? Ten termin, podobno kiedyś oficjalnie uznawany za medyczny, powstał z inspiracji życiem słynnego pisarza romantycznego. Oznacza chorobę spowodowaną przytłoczeniem zbyt dużą ilością piękna. Stendhal przeżywał ją podczas pobytów we Florencji i doświadczania tamtejszej architektury. Mnie też dopadło to wstrętne choróbsko, ale na szczęście nigdzie nie musiałam wyjeżdżać - wystarczyła jedna wizyta w kinie. 


Z modowego punktu widzenia Kraków nie był najlepszym miastem do mieszkania, ale miał swoje plusy. Szczególnie, gdy zbliżał się festiwal kina niezależnego Off Camera. Tegoroczna edycja odbyła się w pierwszej połowie maja i została wzbogacona o sekcję "Moda na ekranie". Główną atrakcją miał być dokument "Dior and I", który cieszył się ogromnym zainteresowaniem. W wyniku błędów technicznych i ogólnego chaosu organizacyjnego problemów z kupnem biletów było hohoho i jeszcze więcej. Mnie samej nie udało się ich dostać, mimo ogromnych starań i prób przekupstwa wolontariuszy całą zawartością torebki. Potem ogłoszono, że cała pula została wyprzedana i w końcu straciłam nadzieję na spotkanie z Diorem. Myślałam, że już pozamiatane... ALE NIE! Festiwal ukłonił się w stronę widzów i zaaranżował dodatkowy seans, już w dniu zamknięcia. Paradoksalnie okazało się, że warto było pocierpieć, bo ostatnia projekcja odbyła się na gigantycznym ekranie Kina Kijów. Ten film aż się prosił o taki entourage! I choć od tamtego czasu minie zaraz pół roku, to wszystko pamiętam doskonale. Naprawdę niezapomniane przeżycie!

Dlaczego piszę o tym właśnie teraz? Ponieważ kilka dni temu ogłoszono, że dyrektor kreatywny Diora, Raf Simons, odchodzi ze stanowiska po niemal czterech latach współpracy. Oficjalnym powodem rozstania były kwestie osobiste oraz niemożliwość pogodzenia pracy dla Diora z prowadzeniem własnej marki. Kulisów i prawdziwych motywacji nie poznamy nigdy. Wcześniej kojarzony raczej z minimalizmem, w 2012 roku zastąpił Johna Galliano - wielką osobowość, wręcz ikonę, która niestety musiała usunąć się ze względu na głośny skandal o zabarwieniu antysemickim. Sprawa była komentowana przez kilka ładnych tygodni, zyskując przy tym oczywiście zwolenników, jak i przeciwników decyzji o natychmiastowym zwolnieniu Galliano (Karl Lagerfeld był oburzony). Marka musiała podjąć kroki w celu załagodzenia sytuacji i wybrała Simonsa - skromnego, spokojnego, przeciętnie wyglądającego Belga. W tym właśnie momencie rozpoczyna się akcja filmu.