13.06.2015

Afera ściankowa na początek lata


Ha, nie spodziewaliście się tu mojej twarzy! Tak mnie jakoś naszło na stylóweczkę, ale bez obaw - McQueen już czeka w kolejce. A tymczasem teleportujmy się na chwilę z wietrznego Londynu do Krakowa.

Człowiek-kisiel. Tak bym opisała siebie w tym momencie. Leżę na kanapie i bardzo, bardzo nie mogę wstać. Na zewnątrz temperatura podchodzi pod 40 stopni! Ale na szczęście ostatnimi czasy chwile słabości są sporadyczne, a mnie udaje się pokonywać wewnętrznego lenia. Czasem dzięki pozytywnym, czasem negatywnym wydarzeniom - grunt, że coś się dzieję. Do tych zdecydowanie mnie fajnych przypadków zaliczam obdarowanie mojej rodzinki okropnym graffiti zrobionym przez kiboli. Ogarnięta wściekłością, napisałam o tym przedwczoraj parę gorzkich słów na fanpejdżu, a Wy zrobiliście mi wielką niespodziankę tak gigantycznym odzewem! Nie spodziewałam się, że aż tyle osób zainteresuje moja ściana :) Dzięki Waszym komentarzom i udostępnieniom w niedalekiej przyszłości to paskudztwo zniknie! Dziękuję bardzo wszystkim za wsparcie, a o dalszym ciągu "afery ściankowej" będę informować na bieżąco na blogowych kanałach social media. Niestety, w Krakowie takie graffiti są na porządku dziennym i większość osób całkowicie je ignoruje. Mnie osobiście doprowadząją do szału. Nie mówię tu oczywiście o zaplanowanych i estetycznych muralach, ale walkach między kibicami drużyn sportowych prowadzonych na cudzych ścianach. Na szczęście na własnym przykładzie przekonałam się, że chcieć znaczy móc, a organizacje zajmujące się likwidacją takich kwiatków są chętne do pomocy. Jeśli ktoś z Was boryka się z podobnym problemem to może zgłosić się na przykład do Zmaluj to. Kraków przeciwko antysemityzmowi lub Hejtstop.

Dalej nie będzie niestety weselej, ponieważ mój obiektyw (jedyny, meh) wyzionął ducha i jest mi z tego powody bardzo przykro. No dobra, zgon nie jest jeszcze w pełni potwierdzony, ale póki co nikt nie jest w stanie zdiagnozować problemu. Fakty są takie, że a) obiektyw nie działa b) dwa tygodnie temu pozbyłam się wszystkich oszczędności. A na blogu bez aparatu to trochę jak bez ręki. Niby używam go sporadycznie - a przynajmniej nie tak często, jak ręki - ale nagle deszcze ustały, temperatura wzrosła, wyszło słońce, a wraz z nim dziewczyny przyodziane w wakacyjne ciuszki. Więc i ja podchwyciłam klimat, notorycznie przesuwając wszelkie nieprzyjemne obowiązki w stronę bliżej nieokreślonego "później".

Żeby nie było więc tak pesymistycznie, postawiłam na jakąś energetyczną stylóweczkę. Od powrotu do Polski ładuję baterie w stokrotkowej bluzce i kocich okularach, czyli ciuchowych pamiątkach z Londynu. Jestem mega zadowolona z tych zakupów. Do bluzki dobrałam stare cygaretki w tych samych kolorach, tylko innych proporcjach, ale nie załapały się w całości w kadr i moje ulubione ostatnio buty a'la emerytka, których nie widać wcale (coś ten mój fotograf nie zrozumiał  tym razem koncepcji). Aha, mam nadzieję, że telefonowe zdjęcia dają radę, bo chwilowo jesteśmy na nie zdani.

Mam już na końcu języka jeszcze pewną fantastyczną wiadomość, ale muszę trzymać buzię na kłódkę, póki wszystko nie jest oficjalne. Za parę dni powinnam móc ogłosić tego superowego niusa! Przy okazji zapraszam do obserwowania mojego snapchata @persona_obscura, z którym już się zaprzyjaźniłam i ogarnęłam, jak to wszystko działa.

Buziaki i udanego weekendu! Nie spieczcie się za bardzo! ♥

Zdjęcia: tata fotografi x telefon :c
| okulary - Quay Australia, kupione w Topshopie | bluzka - Topshop | spodnie - Zara |

01.06.2015

LONDYN

Rok marzenia, trzy miesiące planowania, czatowania na stronach tanich linii, oszczędzania... a wyjazd trwał cztery dni. Dzisiaj obudziłam się już w swoim łóżku i miałam wrażenie, że w żadnym Londynie mnie nie było. Niestety, myśląc o czymś nieustannie i mając ogromne nadzieje łatwo o rozczarowanie. Mnie na szczęście spotkało tylko niedowierzanie. Dawno nie przytrafiło mi się tylko fajnych rzeczy w tak krótkim czasie! Smutno mi trochę, że już po wszystkim, ale to chyba normalne po powrocie do szarej rzeczywistości i letniej sesji na horyzoncie. 

Tak jak wspominałam Wam na Facebooku, wyjazd zaczęłam planować w momencie ogłoszenia, że wystawa "Savage Beauty" poświęcona twórczości Alexandra McQueena zostanie otwarta w Londynie. Obiecałam sobie, że pojadę i bardzo miło spełniało mi się to marzenie. Właściwie podwójnie miło, bo to była moja pierwsza zagraniczna podróż, na którą sobie w 100% zarobiłam #dorosłość

Dziś jednak chciałabym poopowiadać Wam o mieście i miejscach, które odwiedziliśmy. Wystawę zostawiam na osobny wpis! Aha, z góry przepraszam za zdjęcia. Nie mogłam zabrać ze sobą aparatu, więc ratowałam się telefonem (a że nie jest to żaden najnowszy smartfon to wyszedł trochę efekt kalkulatora/ziemniaka).

Już na samym początku spotkała nas bardzo miła niespodzianka, ponieważ przypadkowo dostaliśmy miejsca w pierwszym rzędzie w samolocie. Nie ma to jak powiew luksusu w postaci "premium seats" tanich linii lotniczych. Ale my i nasze wyprostowane nogi nie narzekaliśmy. Przylecieliśmy w środku dnia, więc żeby nie marnować cennego czasu wybraliśmy się na spacer. Ponieważ nie była to nasza pierwsza wizyta w tym mieście, odpuściliśmy sobie Big Beny, Buckinghamy i inne takie. Wpadliśmy w odwiedziny na kampus uniwersytetu Queen Mary w Mile End, który skojarzył mi się z Amsterdamem (obok akademików był kanał, łódki i małe kaczuszki!). Wieczór spędziliśmy w Camden. Ze względu na późną porę, większość miejsc była już zamknięta, ale jeszcze się załapaliśmy na fish&chips i pyszniutkie calzone.


Drugi dzień był najbardziej intensywny i zdecydowanie najprzyjemniejszy. Rano pojechaliśmy do muzeum Victoria and Albert - mojego ulubionego. To właśnie tam prezentowano "Savage Beauty". Z przezorności kupiłam bilet dopiero na 13:00 w obawie, że gdyby metro wybuchło, Tamiza rozlała się, taksówkarze rozpoczęli strajk, a ja musiałbym się czołgać przez pół miasta to nie wyrobiłabym się szybciej. Na szczęście żadna z tych sytuacji nie miała miejsca, więc korzystając z paru wolnych godzin obeszłam część wystawy stałej muzeum. Z podniecenia, że tak niewiele dzieli mnie od "spotkania" z Alexandrem McQueenem kompletnie zapomniałam o zwiedzeniu stałej ekspozycji poświęconej historii mody, ale nie jest mi jakoś szczególnie przykro, bo "Savage Beauty" było... no po prostu WOW. O 12:45 grzecznie ustawiłam się w kolejce, żeby równo kwadrans później wejść t a m . Ledwo mogę się powstrzymać od napisania czegoś, wiecej, ale buzia na kłódkę! Jedzemy dalej :) 

Po wystawie, nabyciu kilku pamiątek związanych z nią i uzupełnieniu kolekcji pocztówek nadszedł czas na szoping. Doszłam do wniosku, że jak już wydawać to na całego i najlepiej jednego dnia załatwić wszelkie większe wydatki. Podjechałam na Oxford Street, żeby w końcu zobaczyć na żywo sklep & Other Stories, do którego wzdychałam do tej pory online. No powiem Wam, że mogłabym się tam regularnie zaopatrywać, ale jakoś tak wyszło, że ostatecznie zakupów dokonałam w niezawodnym Topshopie. Na pewno coś pojawi się w najbliższej stylóweczce. 

Wieczorem znów wylądowaliśmy w Camden, tym razem już nie z mojej inicjatywy. Zostałam zaproszona do kina na "Mad Maxa" w czy de i chociaż na początku trochę kręciłam nosem (no bo kino akcjiiii??) to ostatecznie naprawdę mi się ten film spodobał. Także jako filmoznawca gorąco polecam :D


Musicie mi wybaczyć zdjęcia posadzek, ale mam słabość to kafelek i mozaik. Starałam się je ograniczać do minimum. Ok, dzień trzeci również rozpoczęliśmy kulturalnie. Naładowaliśmy baterię przy pomocy bardzo obfitego english breakfast i z fasolką z brzuchu ruszyliśmy do The National Gallery obejrzeć stałą wystawę. Nie od dziś wiadomo, że Anglia jest w posiadaniu jednych z największych zbiorów sztuki. Minęliśmy więc trochę ładnych obrazków na ścianach np. taki, taki, taki czy taki.

Nie mogę też nie wspomnieć o fantastycznym projekcie, jakim jest Shaun in the City, czyli ponad sto rzeźb Baranka Shaun'a pomalowanych przez artystów, projektantów, celebrytów. Projekt objął Londyn oraz Bristol i zakończy się licytacją tychże baranków. Cały dochód zostanie przeznaczony dla organizacji charytatywnej Wallace & Gromit's Children's Charity i Children’s Hospital Charity. Póki co tropienie kolejnych baranków cieszy turystów (a mnie - psychofankę tej bajki - to nawet bardzo :D). Naszego pierwszego Shauna odkryliśmy właśnie przy galerii sztuki. Więcej o projekcie przeczytacie tutaj. O Londynie można mówić wiele złego, ale należy z niego brać przykład choćby w kwestii otwartości na współpracę z artystami i dystansu do przestrzeni miejskiej.    

Późnym popołudniem pojechaliśmy do bardzo malowniczej dzielnicy Richmond, w której dosłownie każdy metr kwadratowy czekał gotowy na kręcenie filmu lub sesje zdjęciowe. Serduszko mi pękało, że nie miałam aparatu, żeby pokazać Wam tamtejszy klimat. Pojechaliśmy tam nie tylko oglądać urocze domki, ale również (a raczej przede wszystkim) po to, żeby zjeść. Jedzenie przede wszystkim, wiadomo. Naszym celem była Wagamama, czyli sieć lokali specjalizujących się w kuchni japońskiej. Chyba zostanę fanką!


Nadszedł dzień czwarty, czyli ostatni. Czasu mieliśmy malutko, bo już o 15 mieliśmy wsiąść w busa na lotnisko. I na pożegnanie z Londynem stała się rzecz niesamowita. Przypadkowo trafiliśmy w miejsce, które bardzo chciałam zobaczyć, ale odpuściłam sobie z braku czasu nie sprawdzając nawet na mapie jego ulokowania. A tu nagle, szukając w centrum jakiegoś fajnego jedzonka (z tej relacji zaczyna wynikać, że właściwie nie robiliśmy nic innego :D) weszliśmy wprost na Carnaby Street. Żeby było mało, stał tam kolejny Baranek Shaun! Moje wewnętrzne dziecko prawie się posikało z radości. Okazało się, że Carnaby Street jest obecnie kolejną zakupową ulicą zdominowaną przez sieciówki, ale nie o sklepy mi chodziło. W latach 60. było to centrum Swingującego Londynu, hippisów i modsów z najfajniejszymi kanjpkami, klubami, butikami. Jak ja bym chciała się znaleźć na tej wersji Carnaby Street!

W okolicy trafiłam też na butik Lazy Oaf - marki, której kibicuję już od kilku lat, a nawet nie wiedziałam, że mają fizyczny sklep. Ten przy Ganton Street to ich jedyny. Mogłam nie wydawać kasy wcześniej... peszek.

zdjęcia: Łukasz Piotrak (merci!) i ja

No i tak to było w Londynie :) Musieliśmy niestety odpuścić sobie bardzo wiele atrakcji ze względu na brak czasu, ale ja nie żałuję, bo zrobiliśmy naprawdę sporo fajnych rzeczy. Żadne miejsce mnie nie rozczarowało, a główne punkty na liście "to do" odhaczyłam. Teraz nie pozostało nic innego, jak zacząć zbierać kasę na kolejne wyjazdy. W końcu wakacje dopiero się zaczynają!

Mam nadzieję, że relacja Was nie znudziła. 
Wpis o wystawie już za kilka dni!

24.05.2015

Warszawa | Norm Core, czyli jak paść na atak serca widząc tyle rzeczy vintage w jednym pomieszczeniu

✦ Uwaga! Krakusi proszeni są o zwrócenie szczególnej uwagi na sam koniec wpisu! ✦

Wczoraj zrobiłam sobie małą wycieczkę do stolicy, żeby trochę odetchnąć po paskudnym maju pełnym podręczników, kucia i monotonii. Przy okazji założyłam snapchata (@persona_obscura), więc zapraszam do obserwowanie moich poczynań! Standardowo relacja pojawiła się również na Instagramie, także macie duuży wybór kanałów.

Co robiłam w Warszawie? Wpadłam do butików na Mysiej 3, zjadłam pyszny obiad i po prostu pospacerowałam tropiąc ładną architekturę i wszystko, co ciekawe. Nawet trochę popedałowałam na specjalnym rowerku w Złotych Tarasach, żeby ekologicznie wytworzyć energię i naładować telefon :D

Aaale do rzeczy! Pretekstem oraz głównym punktem wyprawy był sklep z rzeczami vintage Norm Core, czyli bardzo niecodzienne miejsce z równie niecodzienną historią. Sklep to nie jest może najlepsze określenie, poniewać domowa atmosfera ("lokal" to po prostu mieszkanie) i przyjaźnie nastawieni właściciele kompletnie się ze sklepem nie kojarzą, ale nie przychodzi mi do głowy lepsze określenie. Kryją się za nim Marcin Brzóska i jego przyjaciółka Ania Indulska. Norm Core powstał spontanicznie, gdy Marcin odkrył, że w spadku po zmarłej ciotce handlującej w latach 80. odziedziczył ogromną ilość niesprzedanego towaru. Większość rzeczy jest nowa, jeszcze z metkami, a setki kartonów czekają na rozpakowanie!    

Myślałam, że tego typu miejsca można znaleźć jedynie w Nowym Jorku albo Londynie. A tu proszę! Wystarczyło przejechać niecałe 300km, żeby znaleźć się w raju! Jednego wieczora odkryłam Norm Core, drugiego napisałam maila, a w weekend siedziałam już na kanapie przymierzając kozaki z lat 80. otoczona cudownymi artefaktami  minionego wieku.

W instagramowym skrócie wyglądało to tak:
Wow -> O mój boże, buty -> Ale ładneee -> Wyniosłam, ile uniosłam

Po takim wstępie na pewno macie ochotę na więcej, dlatego zapraszam do dalszej relacji!

Mój rocznik już nie pamięta czasów PRL-u, ale z pewnością wielu chętnie przypominałoby sobie, jak wyglądały ich przedmioty codziennego użytku. Właściciele chętnie opowiadają o zbiorach, dzielą się wspomnieniami i anegdotkami, dlatego warto wpadać - nawet dla samej pogawędki. Trudno mi uwierzyć, że ktoś mógłby z tego miejsca wyjść z pustymi rękoma.


Dobrze wiecie, że fascynują mnie lata 60. i 70., a na dodatek w chwili obecnej to wiodący trendy. Z jednej strony w sklepach wybór rzeczy "stylizowanych na" jest spory, ale z drugiej to zawsze tylko stylizacja. Nic nie równa się z oryginałem. Nie było więc opcji odmówienia sobie zakupów. Norm Core opuściłam m.in. z brązowymi butami na słupku (zdjęcie przy lustrze) i Grazią z '68 roku ♥ Natomiast mama dostała lniany obrus z okazji nadchodzącego 26go maja. To nie wszystko, ale na razie nie zdradzę więcej!

Niekwestionowanym hitem są właśnie buty i to właśnie po nie przychodzi większość klientek. Marcin szacuje, że sprzedał już około tysiąca par! Oprócz obuwia można kupić również szkło, porcelanę, obrusy, biżuterię... wszystko zależy od tego, co akurat udało się wygrzebać z ciocinych zbiorów. Zaleca się więc częste wizyty :D Jeśli chcecie się jeszcze bardziej wczuć w "normcorowy" klimat to śledźcie ich konto na Facebooku oraz Instagramie i  obejrzyjcie materiał filmowy nagrany dla Dzień Dobry TVN.


Zdjęcia zrobione przeze mnie


Norm Core
Aleje Ujazdowskie 24/27
fanpage / instagram

*  *  *

HALO, HALO KRAKÓW
Norm Core chętnie wpadłby do nas ze swoimi skarbami! 
Musicie tylko dać znać, że Wy również jesteście zainteresowani. 
Jeśli macie ochotę, żebyśmy zorganizowali wyprzedaż to koniecznie piszcie 
w komentarzach na blogu, instagramie, fejsbuku - gdziekolwiek chcecie :)